poniedziałek, 13 października 2008

Centrum Zdrowia Dziecka! /13 października 2008/

I już po bólu! No prawie, kości i mięśnie mnie tak bolą po tylu godzinach w samochodzie, że trudno wysiedzieć. Ale to nieistotne. Jakoś udało się dojechać i wrócić w miarę szybko. Wczoraj zastraszająco krótki sen. Jakieś dwie godziny. Pobudka o trzeciej, bo o 5 mięliśmy wyjeżdżać. Wczoraj generalnie wszystko podszykowałam, tylko dzisiaj śniadanko i termosik.
Arka udało mi się wywalić tak po 4, Agi już od 3 nie spała, to też ją ubrałam. Skoro i tak nie śpi, to wykorzystałam ten fakt. I tu niespodzianka 4.20 telefon. Karetka stoi pod domem, możemy schodzić! No to teraz bieganina, Pan wszedł do góry, żeby nam pomóc i biedny stał i podziwiał zamieszanie. A ja oczywiście, Agi ubrałam w kurtkę, uszykowałam kaszkę na drogę, obiadki były w torbie, zbiłam termos z gorącą wodą i pojechaliśmy. W życiu nie jechałam karetką, i mam nadzieję, że jako pacjent nie prędko to się zdarzy.
Wyruszyliśmy. Nudno było, Agi dostała jeść i usnęła. Skorzystaliśmy z okazji i też, w jakiś przedziwny sposób udało nam się przespać, biorąc pod uwagę nasze siedzonka. Nie chodzi o to, że narzekam, ważne, że Agi była bezpieczna. I na tym to miało polegać. My się już nie martwiliśmy tym, czy trafimy, czy zdążymy.
Zajechaliśmy pod same centrum. Jako, że karetka, może parkować tam, gdzie osobówka nie może. Arek z małą i kierowca zostali, a drugi Pan poszedł ze mną poszukać rejestracji. Zgodnie z instrukcją szukałam „wysokiego parteru”. Oblecieliśmy całe centrum i nawet na izbie przyjęć nie umieli nam powiedzieć gdzie się zarejestrować. Kazali jechać do Oddziału Pediatrii. No to pojechaliśmy! Problemem co prawda było znalezienie właściwego wyjścia, ale udało się! Pojechaliśmy kawałeczek i jest nasz poszukiwany oddział. I znowu ta sama historia. Z tym samym Panem ruszyliśmy na poszukiwanie poradni żywienia. Nawet szybko znaleźliśmy. Okazało się jednak, że musimy wrócić do pierwszego budynku i się zarejestrować, bo jesteśmy tu pierwszy raz!!! Baaardzo się ucieszyliśmy! Ponieważ nie było to specjalnie daleko, ruszyliśmy pieszo. Tylko podeszliśmy do budynku od tyłu i teraz trzeba było znaleźć do niego wejście. Udało się, nawet za pierwszym razem trafiliśmy do rejestracji! A ponieważ była kolejka, nasz Pan postanowił wykorzystać kolor swojego „garniturku”. Wszedł do środka i weszłam bez kolejki! Warto było jechać karetką! Pani założyła nam kartę i kazała wrócić z powrotem do poradni żywienia. Z naszym szczęściem, oczywiście zabłądziliśmy. W końcu jakaś Pani się zlitowała, zwiozła nas windą do podziemi i pokazała wyjście na parking. Ekstra, tylko wyszliśmy w przeciwległym budynku… Cóż, lekko się zdziwiliśmy, ale co tam, następnym razem znajdziemy to legendarne przejście Cystersów z Łekna do Wągrowca!
A teraz to już bułeczka z masełkiem. Pani doktor przyszła, nas poprosili pierwszych. Pani doktor wzięła epikryzy szpitalne, przeprowadziła wywiad, osłuchała Agunię i zważyliśmy ją. Okazało się, że waży 8,89 kg! Schudła, cholerka jasna! A niby więcej zjada! Pani doktor stwierdziła, to co już wiedziałam, że Agi mało je. Ale co ja na to poradzę, jak ma zalegania, a dostanie troszkę za dużo to wymiotuje! Przyznała mi rację. Pani doktor wypisała zlecenie na żywienie z Nutricji, mają w tygodniu przywieźć. A zupki i tak muszę gotować, phi!
Nie daje jej jednak spokoju ten system jedzenia Agi. Na 24.11.08 zapisała nas na oddział. 25.11 Agi będzie miała robiony pasaż przewodu pokarmowego, a 28.11 scyntygrafię żołądka. Wtedy też podejmą decyzję, o tym czy założymy PEG-a i w jaki sposób to zrobią. Na tym koniec wizyty w Warszawie.
Tak się denerwowałam, ale nie było tak źle. Następnym razem będzie gorzej, znacznie gorzej. Już mam cykora. Patrzyłam w internecie, ale nie wiem, czy któreś badanie jest bolesne. Tylko Pani doktor mówiła, że pewnie gastroskopię też zrobią. Kurcze, moja mała Śpiąca Królewna!
Aguś bądź dzielna!

sobota, 11 października 2008

Moja mała kruszynka! /11 października 2008/

Moja Agunia coś ostatnio ma coraz większe problemy ze stawami. Ostatnio Asia ustawiała jej kręgosłup w części lędźwiowej i szyjnej. Dla odmiany w piątek Asia odnalazła powód napięcia Agniesi. Okazało się, ze bidulka wystawiła sobie boleśnie kolanko i Asia musiała Aguni to kolanko rozmasować. Oczywiście zaraz popadam w paranoję dlaczego i kiedy to się stało. Pewnie bidulka tak bardzo się spięła podczas pobierania krwi/ Moje kochane maleństwo. Podczas rehabilitacji staram się być twarda, ale tak naprawdę serce mi pęka! Najgorsze jest to, że nie potrafię sama jej ulżyć. Umie trafnie zrobić to tylko Asia, a pomimo doświadczenia, sama czasem ma problemy ze zlokalizowaniem bólu. Dobrze, że mamy taką fajną i zdolną cioteczkę!!! Po nastawieniu kolanka Agi spała jak zabita przez 4 godziny! Jak nigdy, nawet deserek podawałam jej przez sen i nawet się nie obudziła! To jest niesamowite. Obudziła się dopiero koło 5, na konkretne jedzonko.
Wkrótce potem przyjechała Dana z Majunią. Agi tak się spięła, że miałyśmy poważne problemy z rozluźnieniem żabola. Nie pomagało ani masowanie kręgosłupa, ani muzyka Mozarta, ani głaskanie. Dopiero, po odwróceniu jej na brzuszek, po pewnym czasie napięcie puściło. I tak minęła godzina spotkania. A Dana przeszła dopiero do stosowania swojej kinezjologii. Prawdopodobnie ma jeszcze coś z przedramieniem, ale Asia sprawdzi to dopiero we wtorek. Trudno, jakoś musi moja bidulka się przemęczyć. Generalnie zajęcia należały do udanych, bo Agi się rozluźniła i zdążył jeszcze tatuś z pracy przyjść. Najzabawniejsze było to, że nie tylko Agi ucieszyła się z jego przyjścia. Majucha tylko czekała, żeby zabrać z niej Agi i rura do Arka się w niego zaczepiać! Normalnie zaczęła się wygłupiać. Kocham tego psiaka! To, że takie małe pieski jak Tana się wygłupiają to normalne, ale takie duże jak Majunia, to jest dopiero widok!
Mieliśmy plany na ten weekend, ale jakoś w wyniku poniedziałkowego wyjazdu i moich coraz bardziej koszmarnych snów zrezygnowałam. Danusia przyjechała i odebrała po drodze wyniki Agi ze szpitala, nie są takie złe. Jak na moje oko, ale zobaczymy co powie Pani doktor. Poszłyśmy sobie na krótki spacerek, zobaczyć naocznie nasze cudnie zdewastowane miasteczko! Korki na każdej ulicy, zmiana organizacji ruchu. Masakra totalna. Ktoś, kto miał do pracy samochodem niecały km, musi objechać całe miasto i ma do pracy jakieś 5-6 km.
Pojechałyśmy jeszcze z siostrą do koleżanki z pracy, która właśnie urodziła ślicznego chłopczyka. Wioletka czuje się już lepiej i po woli zaczyna dochodzić do siebie i adaptować po tygodniu odseparowania od rodziny! Jak takie nawiedzone siedziałyśmy koło maluszka i patrzyłyśmy na każdy jego ruch, każde przeciągnięcie i każdą słodką minkę. Mały doskonały mężczyzna! Gratulacje!
Nie zdawałam sobie sprawy, ze dzięki temu przez co przeszłyśmy z Agi, mogę komuś pomóc, a zwłaszcza rodzicowi zdrowego dziecka. Faktycznie znam kilka telefonów do specjalistów, świetnych rehabilitantów, dobrego pediatrę. To dobrze.
Agiś wstań! Odwiedzimy małego Michałka!!

czwartek, 9 października 2008

Coraz większe nerwy. /9 października 2008/

Kochani, ostatnio nie mam weny, aby pisać bloga. Tyle mam na głowie, ze gubię się w tym wszystkim. Byle do wtorku! Wtedy będziemy po Warszawie i coś ze mnie zejdzie. Będę wiedziała czy udało mi się załatwić to żywienie.
Wczoraj na 11 byłyśmy u naszej bioterapeutki. Pani powiedziała, że regeneracja komórek w mózgu postępuje. Ledwo zdążyłyśmy wrócić, przyjechała Sonia na masaż. Asia nadal chora. Poprosiłam mamę, żeby przyszła. Musiałam w końcu jechać do Budzynia, złożyć receptę na cewniki. Od Justynki dowiedziałam się bowiem, że apteka w takim małym miasteczku ma podpisaną umowę z NFZ, a w mieście powiatowym Wągrowiec, gdzie dzieci z rurkami tracheostomijnymi jest kilkoro, nie ma nikt podpisanej umowy! Paranoja!! Do tego, tam gdzie kupowałam do tej pory, musiałam dopłacić 10 groszy do cewnika. A tutaj w kwocie refundacji! Proszę bardzo. Jak się chce to można nie dorabiać się na ciężko chorych!
Nie omieszkałam oczywiście, odwiedzić naszej małej księżniczki! Mała Zośka miała szczepienia. Przyjechałam a ona znowu spała. Muszę częściej tam jeździć! Przynajmniej Justynka ze spokojem sobie trochę zjadła i kawkę sobie wypiłyśmy. Miałyśmy na to co prawda jakieś 15 minut ale zawsze to coś. Zosieńka to takie malutkie słoneczko. Mały śmieszek, nawet chwilkę się ze mną powygłupiała. Spieszyłam się, więc byłam dosyć krótko. Wróciłam do domu, nakarmiłam maludę i pojechałam na drobne zakupy i do koleżanki, której brat uszykował mi dokumenty co przysługuje nam z NFZ. Miałam być w zeszłym tygodniu, ale Kasieńka musiała mi się przypomnieć. A ja męża od sklerotyków wyzywam! Starość nie radość!
A dzisiaj prawie z łóżka się nie podniosłam. Chyba się oberwałam we wtorek, a wczoraj sobie poprawiłam! Wszystko mnie boli. Asia przyjechała tak koło 12. I dobrze, bo Agi znowu coś z kręgosłupem miała. Troszkę się kobieta napracowała, żeby znaleźć wszystkie strategiczne miejsca. I pierwszy raz robiła jej kark, a ja trzymałam rurkę. Okazało się, że też ma cały zesztywniały.
Po 15 przyjechała Pani anestezjolog, wymienić Agi rurkę. To już 6 tygodni od ostatniej wymiany. Okazało się że Pani doktor była chora. Trudno. Jakoś dałyśmy radę. Agunia była dzielna.
Później podjęłam próbę pobrania moczu na nocnik, ale niestety bez powodzenia. Musiałam przyklejać woreczek. No niestety. Danusia przyjechała i pomogła mi z Agi jechać do szpitala na pobranie krwi. Do tego musiałyśmy pobrać krew do genetyki. Po raz kolejny się im komórki nie namnożyły. Ciekawe… Najgorsze, że winda była zepsuta, a laboratorium na 4 piętrze!!! Masakra, ledwo weszłam. Muszę przyznać, że to pobranie wyglądało dosyć dramatycznie. W jednej rączce nie można było żyły znaleźć, a w drugiej, jak poszło, to zalana podłoga, pani rękawiczki i Agi rączka. Agunia była taka dzielna. Nawet jedna łezka jej nie popłynęła! Moje małe kochanie. Jutro wyniki do odbioru, a do genetyki zaraz poszłam wysłać!
Agunia, ciocia obiecała lody za odwagę, ale sama musisz jeść!

wtorek, 7 października 2008

Dłuuugi wtorek. /7 października 2008/

No i mam już z głowy jedną z ważniejszych spraw, które musiałyśmy z Agi załatwić. Jak dla mnie była to tylko czysta formalność. Jednak i to trzeba było zrobić. Dzisiaj byłyśmy na komisji do zasiłku pielęgnacyjnego. Powiem tak, lekko się zdenerwowałam, ale uzyskałam to co chciałam, czyli decyzję z takimi punktami jak potrzebowałam, a także zasiłek do ukończenia przez Agi 16 roku życia. Pani doktor nas przywitała, olbrzymim zdziwieniem, że zabrałam ze sobą Agi. Według niej mogłam wziąć zaświadczenie od naszej Pani doktor, że Agi nie może przyjść. Tylko, ja nie umiem tak ściemniać. Możemy jechać do Poznania do lekarza, to dlaczego niby nie mamy przyjść w Wągrowcu na komisję??? Tym bardziej, że pogoda była rewelacyjna. Wiecie, jestem wredna, ale nie mogę sobie odpuścić… Jak wtoczyłam się z Agi i ssakiem na rękach, Panie z komisji zadały bardzo fajne pytanie. „A co to za sprzęt?” HI HI HI Gaśnica mogłam powiedzieć! Generalnie jednak byłam grzeczna, w każdym razie starałam się… Tak myślę, że widok dziecka w śpiączce, jest dla nich większą ciekawostką, niż dwa lata temu Treacher – Collins. Ale badanie polegało na tym samym. Osłuchanie serduszka. I wiecie co? Biło!!! Papiery, które kazali przynieść wcześniej nikt nie przejrzał, ale co tam. Mam spokój na 14 lat, i to jest ważne.
Dana z pieskiem miała przyjechać dopiero koło 14 i miałam trochę czasu, to pojechałyśmy do przychodni oddać dokumenty i do wydziału zasiłków zawieźć decyzję. A tam niespodzianka. Jeszcze raz papiery musiałam wypełniać!! Pewnie ludziom się pesele zmieniają, to dlatego! A do tego jak fajnie wypełnia się papiery, kiedy dziecko leży na krześle, nogami, musiałem ją podtrzymywać, bo tylko na stojąco można było wypełniać dokumenty. Bajer!
Ale zrzędzę dzisiaj. Z takim spokojem jechałam na komisję, ale taką serią pytań mnie zarzucili, że każdego z równowagi by wytrącili. Ach właśnie przypomniało mi się jedno z tej serii. Pytanie dotyczyło mojego wykształcenia. A, że jest ekonomiczne, Pani bardzo żałowała, że nie medyczne, bo mogłabym sobie sama poradzić. A przepraszam, kto mi przez ten rok pomagał!!!!!!!!! Litości!
Na szczęście Danka dojechała i miałam zaraz tego samego dnia terapię psychologiczną. Agulek, na psiaku rozluźniona była bardzo. I tylko wodziła tymi swoimi ślicznymi oczkami za mamą. Moje kochane maleństwo. Ostatnio, za każdym razem jak wychodzą Agi śpi i Maja nie może szczekać! Szkoda, ale za to mnie dzisiaj zaczepiała. Olbrzym jeden, bawić się jej zachciało.
Nasza Asieńka się rozchorowała i nie mamy zajęć z nią. A szkoda, nie żebyśmy coś do Soni miały…
Moje dziecko tak urosło, że coraz trudniej mi ją nosić. Szczerze mówiąc podziwiam Justynkę, która z Zosią nie rozstaje się prawie wcale. Ja po dzisiejszych zajęciach siłowych na mieście z Agi na rękach, byłam taka padnięta, że nie miałam siły na nic! A cały tydzień mamy taki zajęty. Dzisiaj byliśmy z Agi i Arkiem w biedronce. A tam kto ma zmianę? Nasza ciocia – niania! Brzydal jeden zapomniała już o naszej Agniesi!! Już jej nagadałam, ale i tak nie słuchała taka zafascynowana dzieckiem. Jak ona ją woziła w tym wózku, to nóżki Aguni nie wystawały z wózka. A teraz wiszą prawie do podnóżka! Cóż, urosła jakieś dwadzieściaparę cm. przez ostatni miesiąc 6 cm. Teraz mamy 86 cm. Prawdziwa dwulatka. Żeby tyko jeszcze tak się zachowywała! No cóż nie można mieć wszystkiego, na wszystko przyjdzie czas.
Prawda Agunia? Przyjdzie czas to i ty do nas powrócisz!

niedziela, 5 października 2008

Weekendowe wyprawy. /5 października 2008/

Ja nie wiem co się dzieje z tym czasem. Niedziela wieczór, a co się stało z pozostałą częścią weekendu? Przeminęło z wiatrem! W sobotę Arek pojechał do pracy i znowu zostałyśmy same bidulki. Dobrze, że chociaż ciocia Danka przyszła. Hi, hi, hi… dalej nie dała rady dojść. Oddała samochód do mechanika i pieszo coś koło 5 km zrobiła! Żeby dojść do domu zostało jej jakieś 1,5! Dobrze, że ma siostrę po drodze. I tak spędziłyśmy bardzo miłe przedpołudnie. Wtedy nie wiedziałam, że popołudnie będzie jeszcze przyjemniejsze. Pod wpływem chwili postanowiłyśmy odwiedzić nasze cudne kobietki w Budzyniu. Justynkę i Zośkę! Zadzwoniłam, umówiłam się i już. Teraz tylko na Arka musiałyśmy poczekać.
W międzyczasie zadzwoniłam pod numer, który podała mi bardzo życzliwa osoba. Pani Grażynka, bo tak ma na imię osoba z którą rozmawiałam, ma przyjaciółkę, której syn Dominik jakiś czas temu był w śpiączce. Chłopak w wieku 13 lat utopił się w wannie. Brzmi równie banalnie jak parówka Agnieszki. Niby czynności wykonywane wielokrotnie przez wszystkie dzieci, a jednocześnie tak bardzo niebezpieczne. Troszkę sobie porozmawiałyśmy. Dominik miał to szczęście, że wybudził się po 3 tygodniach. Są prawdopodobnie jakieś uszkodzenia mózgu, ale jest tym jednym z miliona, któremu się udało! Pani Grażyna, nawet przez chwilkę nie dała mi do zrozumienia, że to się nie uda Agi. Ona cały czas mówiła jak Agi się obudzi musi Pani to a tamto. Może uda nam się spotkać. Bardzo chętnie porozmawiam, wymienię się informacjami i poznam Dominika.
Koło 15.30 dojechałyśmy do Justynki. Danka, z racji tego, że ma zakaz kupowania Agi zabawek kupiła zabawki Zosiaczkowi. Najbardziej przypadł jej do gustu piesek, któremu dawała buziaki w mordkę, ciągnęła za uszy i przewracała. Zosia jest taka wspaniała. Nie wiem jak długo się nie widziałyśmy, ale urosła bardzo! Na ręce do mnie nie chciała przyjść, ale paluchy moje jej smakowały bardzo! Kurcze, muszę powiedzieć, że to był bardzo dobry pomysł z tym wyjazdem. Inaczej jak przez towarzystwo Justynce nie dam rady pomóc.
Agusi zdążyłam już tylko bajeczkę przeczytać. Cóż, przynajmniej mieli z tatą czas dla siebie. Przez cały tydzień prawie się nie widzą. A u Arka po woli sezon się rozkręca w firmie. Cóż, tak to już jest. Chce się mieć pieniążki, trzeba pracować. Damy radę!
Dzisiaj następna szybka decyzja. Jedziemy do Poznania, pochodzić po sklepach. Zabraliśmy Agi. Muszę powiedzieć, że wyglądała na bardzo zadowoloną i udało mi się kupić jej takie mięciutkie ocieplane buciki. Ona ma powykręcane stópki i normalnych butków jej nie dam rady ubrać, a u nas tylko takie na niemowlaki. Masę ciuchów dla Aguni dostałam, ale czasem muszę też coś jej kupić. Taka odrobina normalności… Udało mi się dostać na nią spodenki ocieplane. Kurteczki mamy, a w wózku w zwykłych, będzie jej zimno. W naszym Wągrowcu takiego czegoś nie dostanę, chyba, że razem z kurtką. A tyle dostałam, ze już nie mam sumienia prosić o nic!
Na koniec taka mała refleksja. Wypad do Poznania był super. Zakupów prawie wcale  nie zrobiliśmy, ale samo krążenie po sklepach, między ludźmi dużo dało. Tylko jeden problem, który nie daje mi spokoju. Jak chodzę po tych sklepach, czuję uścisk w dołku. Jeszcze rok temu, moja Agi tam krążyła i zwalała co się dało z półek. I patrząc na te same sklepy, na te wszystkie dziecięce rzeczy i zabawki, widzę oczami wyobraźni moją malutką Agi, która szła ze mną za rączkę i czarowała swoim uśmiechem. Jak wyjadała nam bitą śmietanę z deserów lodowych… W naszym Wągrowcu jakoś się już przyzwyczaiłam do tego, że Agi nie idzie, a leży i nie gaworzy. Do tego w drodze do Wągrowca, przypomniało mi się, jak jechaliśmy bez niej, ze szpitala. Myślę, że to po prostu taki trudny dzień, bardziej obciążony wspomnieniami niż zazwyczaj. Nie martwcie się, nie załapałam dołka. Tylko, te wspomnienia są w mojej głowie i nic ich stamtąd nie wymaże. Z czasem pewnie troszkę przycichną. Są jednak takie dni, które w połączeniu z pewnymi sytuacjami i miejscem, wywołują wspomnienia niekoniecznie przyjemne.
Agunia, obudź się, to te wspomnienia odpłyną w siną dal…
Ps. Przypominam o Szymku Jakubowskim, który cały czas czeka na Waszą pomoc. Bardzo Wam dziękuję.

piątek, 3 października 2008

Na sygnale do Warszawy? /3 października 2008/

Jak pewnie niektórzy zauważyli mamy pionizator. Dostaliśmy go po małej Dominisi, która już dawno z niego wyrosła. Serdecznie dziękuję. Wbrew temu, co mówili lekarze, nasza Agi stała w pionizatorze!!! Zaczynamy od 20 minut, ale przecież nie będziemy jej wpinać na pół dnia!! Jedna z lekarek zarzuciła mi, że przez pionizator Agi dorobi się tylko skrzywienia kręgosłupa. Jednak z tego co się orientuję, naturalną pozycją człowieka jest pion. Stałe pytanie tej pani doktor brzmi, czy Agi naturalnie robi kupkę. Pewnie jeszcze trochę a przestanie. Musimy zadziałać, żeby temu zapobiec! Tylko dlaczego ona to odradza. To już kolejny raz kiedy słyszę, że robię coś nie tak. Tylko wtedy chodziło o bioderka…
Ale co tam było minęła, a ja przynajmniej wiem, ze w takich sytuacjach muszę wypracować jakąś taktykę postępowania. Muszę coś wymyślić, żeby się nie przejmować a jednocześnie z rozmowy wyjść z twarzą i na tarczy!
Wczoraj byłam u naszej Pani doktor pozałatwiać sprawy związane ze skierowaniami i wziąść dla Agi recepty.Jak zawsze zeszło nam dobre pół godziny. Do tego, na wiadomość, że mamy zamiar jechać do Warszawy pociągiem, zbulwersowana wybiegła, z gabinetu, zeby w recepcji coś przekazać odnośnie karetek, a tu stoi pani z pogotowia. Okazało się, że załatwienie dla Agi karetki do Warszawy jest możliwe i bardzo realne!
Dzisiaj Agi została z babcią, a ja wyruszyłam w miasto załatwiać karetkę. Najpierw na pogotowie, tam pani nas zarejestrowała i kazała jak najszybciej przynieść zlecenie od lekarza. No to jazda do przychodni. Tam, na pograniczu narażenia życia weszłam bez kolejki. Ja tu z dobrą wiadomością do Pani Beatki, a ona, że wszystko wie i do tego kartkę na zlecenie miała już uszykowaną. Kurcze, zadzwonili do niej z pogotowia!! Jak zawsze największy problem jest znalezienie choroby dla mojego dziecka zgodnego z kodem NFZ. Bowiem takie schorzenie jak śpiączka u dzieci nie występuje. U dorosłych tak, u dzieci nie! Ja też wiem, że Agi nie powinna spać, ale realia są inne. Pani doktor wystawiła zlecenie i spowrotem na pogotowie. I wszystko jasne. JEDZIEMY KARETKĄ!!!
Wracam biegiem do domu, a tam niespodzianka. Pani Irenka nas odwiedziła. Ponownie zachwycona, jak Agi się pięknie patrzy i jak urosła. Troszkę nakarmiłam Agi i przyjechała Asia na rehabilitację. Przywiozła ze sobą karton ciuszów dla Agniesi. Pogimnasykowała Agi, założyłą jej butki i Agi usnęła prawie na stojąco. Coś jej jednak dzisiaj dokuczało. Uspokoiła się dopiero jak dałam jej Ibum. Pewnie te paskudne ząbki jej dokuczają. Niskie ciśnienie pewno potęguje ból. Moje słodkie biedactwo.
W dalszym ciągu poszukuję rodziców, którzy mają dziecko z lejkowatą klatką piersiową. Mały Maciek z Koszalina będzie niedługo operowany, ale jego mama chętnie porozmawiałaby z osobą, która wie coś na temat takiego zabiegu. Proszę skontaktujcie się ze mną na meilu.
Mama kocha swojego skarba!

czwartek, 2 października 2008

Pomóżmy Szymkowi zobaczyć mamę! /2 października 2008/

Kochani, chciałabym zwrócić się do Was z prośbą o pomoc dla Szymka. Ten chłopczyk nie ma jeszcze pół roku, a nie miał szansy zobaczyć swoich rodziców. Jednak, można mu w tym pomóc. Jego rodzice robią co mogą, aby zebrać ogromną sumę pieniędzy. Mają dopiero połowę a do operacji pozostał tylko miesiąc. Proszę, wiem, że jesteście wspaniali i pomożecie. Serdecznie Wam dziękuję.
http://www.wzrokdlaszymka.pl/ W tvn24 pojawił się reportaż o Szymonie. Tutaj link:
Żeby zobaczył świat – Wideo – portal TVN24.pl – 25.09.2008