Niestety, moje maleńkie marzenie się nie ziściło:( W nocy Agiś
zaczęła jeszcze bardziej gorączkować. Każda gorączka zaczynała się
dreszczami przez sen. Blisko 2 godziny zbijałam gorączkę w środku nocy,
już nie wiedziałam co robić. Przypomniał mi się masaż limfatyczny z
turnusu. Okazało się, że zaczął działać. Chwilę trwało zanim
przypomniałam sobie kolejność masowanych części ciała, a właściwie
miejsc na klatce piersiowej i brzuszku. Pomogło! Rano też zastosowałam
ten masaż i gorączka szybciej zeszła.
Postanowiłam jechać z maludą do szpitala po antybiotyk. Uzyskanie recepty jednak nie było takie proste. Owszem, zabrałam audiogram leków, na które wrażliwa jest pałeczka ropy błękitnej, ale Pan doktor, internista, tym razem nie zdecydował się podjąć wskazania leków dla Agi, wysłał nas na oddział dziecięcy. Owszem, szukał i czytał w książce dokładny opis antybiotyków, ale niestety, mamy tylko jakieś 6 wrażliwych antybiotyków. W tym gentamecyna, której akurat nie chciałam, bo bałam się kolejnej wysypki.
Tabletki, jak pamiętałam, bo mówiła o nich nasza Pani doktor, nie wolno dzielić, inne mają zbyt wiele skutków ubocznych. Pozostały nam zastrzyki. Pani doktor, pediatra, miła i lekko zakręcona. Pierwsza propozycja, oczywiście pozostawienie Agnieszki w szpitalu. Podziękowałam za taką możliwość. Nie była chyba zadowolona. Biegała między nami a drugim gabinetem, konsultując się z innymi lekarzami, jak podejrzewam przez telefon. W końcu padło na biodycynę. Dwa razy dziennie zastrzyk. Musiałam jechać kupić zastrzyki, Arek został z Agi i Panią doktor, żeby pielęgniarka mogła podać już od razu zastrzyk. Musiałam oczywiście prosić o podanie tego zastrzyku. Inaczej musielibyśmy schodzić na parter i czekać w zabiegowym, aż pielęgniarka na dyżurze będzie miała chwilę na zrobienie zastrzyku. A tam czasem i 2 godziny schodzą. Na szczęście na dyżurze oddziału dziecięcego była pielęgniarka, która nas pamięta. Bez żadnego problemu zrobiła zastrzyk. Chwilkę porozmawiałyśmy, nie mogła uwierzyć, że to już tyle czasu, i że Agi tak dobrze wygląda i taka duża jest. Pani doktor wypytała Arka o Agi i wzięła ode mnie numer telefonu. Koniecznie chce zadzwonić za pół roku. Ciekawe, spodziewa się Bożonarodzeniowego cudu?
Kochani, dzisiaj miałam ciężki dzień. Po przeczytaniu komentarza pod poprzednim postem, miałam co jakiś czas przed oczami umierającą Agnieszkę. Do tego to uczucie bezradności. Kasiu, jak możesz mi zarzucać, że żyję w kłamstwie? Mówisz, że tamtej Agnieszki już nie ma. A kto o tym może lepiej wiedzieć jak nie matka? Jak myślisz? Skąd w ogóle przyszło Ci do głowy, że ja się oszukuję? Może dlatego, że piszę o nadziei, marzeniach i miłości? Pozwól sobie zwrócić uwagę, że nasze życie opiera się na takich uczuciach. Po co nam rozgrzebywać rany, które i tak się jątrzą? Wolę iść do przodu, starać się nie myśleć o tym co było, ani o tym co by było gdyby. Staram się żyć normalnie, jak wszyscy. A uwierz mi, to nie jest łatwe. Patrzysz na swoje dziecko, które mimo bólu, żyje i chce żyć, zastanawiasz się co się stanie jak ciebie zabraknie. Myślisz sobie, kto się nią zajmie. Zastanawiasz się co tu jeszcze zrobić, żeby nie cierpiała, żeby nie skrzywdzić jej swoimi decyzjami. Życie kochana jest brutalne, a prawda jaką chciałaś mi przekazać, nie jest dla mnie czymś nowym. Moje dziecko już raz umarło. Znam uszkodzenia jej mózgu, jej stan fizyczny. Jednak podkreślam to jeszcze raz AGNIESZKA ŻYJE!!! Ona nie jest roślinką, jest małym człowieczkiem, który czuje, rozumie, tylko nie umie tego wyrazić słowami. Opisywane przeze mnie emocje, jakimi targana jest Agiś są prawdziwe, a nie wyssane z palca. Takie jest nasze życie. Pieniądze na subkoncie, owszem może w tej chwili nie uratują jej życia, ale systematycznie poprawiają jego jakość. Nauka idzie do przodu, a może za rok będą w stanie pomóc mojemu dziecku? I właśnie ten milion, o którym piszesz jej to życie uratuje? A Bóg, już mi raz ją zabrał…
Postanowiłam jechać z maludą do szpitala po antybiotyk. Uzyskanie recepty jednak nie było takie proste. Owszem, zabrałam audiogram leków, na które wrażliwa jest pałeczka ropy błękitnej, ale Pan doktor, internista, tym razem nie zdecydował się podjąć wskazania leków dla Agi, wysłał nas na oddział dziecięcy. Owszem, szukał i czytał w książce dokładny opis antybiotyków, ale niestety, mamy tylko jakieś 6 wrażliwych antybiotyków. W tym gentamecyna, której akurat nie chciałam, bo bałam się kolejnej wysypki.
Tabletki, jak pamiętałam, bo mówiła o nich nasza Pani doktor, nie wolno dzielić, inne mają zbyt wiele skutków ubocznych. Pozostały nam zastrzyki. Pani doktor, pediatra, miła i lekko zakręcona. Pierwsza propozycja, oczywiście pozostawienie Agnieszki w szpitalu. Podziękowałam za taką możliwość. Nie była chyba zadowolona. Biegała między nami a drugim gabinetem, konsultując się z innymi lekarzami, jak podejrzewam przez telefon. W końcu padło na biodycynę. Dwa razy dziennie zastrzyk. Musiałam jechać kupić zastrzyki, Arek został z Agi i Panią doktor, żeby pielęgniarka mogła podać już od razu zastrzyk. Musiałam oczywiście prosić o podanie tego zastrzyku. Inaczej musielibyśmy schodzić na parter i czekać w zabiegowym, aż pielęgniarka na dyżurze będzie miała chwilę na zrobienie zastrzyku. A tam czasem i 2 godziny schodzą. Na szczęście na dyżurze oddziału dziecięcego była pielęgniarka, która nas pamięta. Bez żadnego problemu zrobiła zastrzyk. Chwilkę porozmawiałyśmy, nie mogła uwierzyć, że to już tyle czasu, i że Agi tak dobrze wygląda i taka duża jest. Pani doktor wypytała Arka o Agi i wzięła ode mnie numer telefonu. Koniecznie chce zadzwonić za pół roku. Ciekawe, spodziewa się Bożonarodzeniowego cudu?
Kochani, dzisiaj miałam ciężki dzień. Po przeczytaniu komentarza pod poprzednim postem, miałam co jakiś czas przed oczami umierającą Agnieszkę. Do tego to uczucie bezradności. Kasiu, jak możesz mi zarzucać, że żyję w kłamstwie? Mówisz, że tamtej Agnieszki już nie ma. A kto o tym może lepiej wiedzieć jak nie matka? Jak myślisz? Skąd w ogóle przyszło Ci do głowy, że ja się oszukuję? Może dlatego, że piszę o nadziei, marzeniach i miłości? Pozwól sobie zwrócić uwagę, że nasze życie opiera się na takich uczuciach. Po co nam rozgrzebywać rany, które i tak się jątrzą? Wolę iść do przodu, starać się nie myśleć o tym co było, ani o tym co by było gdyby. Staram się żyć normalnie, jak wszyscy. A uwierz mi, to nie jest łatwe. Patrzysz na swoje dziecko, które mimo bólu, żyje i chce żyć, zastanawiasz się co się stanie jak ciebie zabraknie. Myślisz sobie, kto się nią zajmie. Zastanawiasz się co tu jeszcze zrobić, żeby nie cierpiała, żeby nie skrzywdzić jej swoimi decyzjami. Życie kochana jest brutalne, a prawda jaką chciałaś mi przekazać, nie jest dla mnie czymś nowym. Moje dziecko już raz umarło. Znam uszkodzenia jej mózgu, jej stan fizyczny. Jednak podkreślam to jeszcze raz AGNIESZKA ŻYJE!!! Ona nie jest roślinką, jest małym człowieczkiem, który czuje, rozumie, tylko nie umie tego wyrazić słowami. Opisywane przeze mnie emocje, jakimi targana jest Agiś są prawdziwe, a nie wyssane z palca. Takie jest nasze życie. Pieniądze na subkoncie, owszem może w tej chwili nie uratują jej życia, ale systematycznie poprawiają jego jakość. Nauka idzie do przodu, a może za rok będą w stanie pomóc mojemu dziecku? I właśnie ten milion, o którym piszesz jej to życie uratuje? A Bóg, już mi raz ją zabrał…