wtorek, 28 czerwca 2011

Wszystkiego najlepszego moja pięciolatko!!! /28 czerwca 2011/

Moja kochano córeczko, chcę złożyć Ci życzenia. Chcę, aby były wyjątkowe, jednak trudno ubrać to wszytko w słowa. życzę Ci, aby moje marzenia, były Twoimi i aby spełniały się z każdym dniem coraz wyraźniej. Wiem, jak wiele kosztują Cię ćwiczenia i domaganie się czegokolwiek. Jednak fakt, że masz te uczucia, że nawet płaczesz, czy denerwujesz się, świadczy o postępach w pracy włożonej w Twój powrót do nas! Kochanie WALCZ!!!! Wiem, że dla Ciebie najważniejsze jest, żeby mama była zawsze przy tobie, a tata mógł zawsze się z Tobą powygłupiać, poprzytulać i wyściskać. Najważniejszy jest spacerek i przytulańce.
KOCHAM CIĘ!!! WSZYSCY CIĘ KOCHAMY I CZEKAMY NA TWOJE NAJDROBNIEJSZE POSTĘPY!!!!

~~~~~~~~~~~~~~~~
Kochani, dziękuję za piękne życzenia na gg, meilach, nk, kartkach i „na żywo”. Prezenty jakie Agi otrzymała są wspaniałe!! Aniu, Twój stworek wzruszył mnie i rozbawił, a Agi nie może od nie go oderwać oczu. Bańki mydlane z pistoletu – strzał w dziesiątkę. Aniołek trafił do Agniesinej kolekcji. Książeczka o Księżniczce i żabie przeczytana, zagłówek jest genialny, lilie kwitną w wazonie, a fosforyzujące gwiazdki rozwieszone!!! DZIĘKUJĘ!!!
Fotki w galerii :))

niedziela, 26 czerwca 2011

Aż głupio /26 czerwca 2011/

Już nie pamiętam kiedy ostatnio miałam taką przerwę w pisaniu postów na blogu. Aż wstyd…
Jednak dni w ostatnim czasie wydały mi się tak monotonne, że wydawało mi się, że nie ma o czym pisać. Agnieszka w rozmaity sposób znosi rehabilitację. Z przewagą na negatywne emocje. Kręgosłup ponownie ma w fatalnym stanie. Co i rusz jej się coś przestawia i biedna cierpi. Teraz jednak Karolina nastawiała jej kark. Moja słodka dziewczynka płakała w czasie praktyki hiro. Ja wiem jak to może boleć, dlatego jeszcze w trakcie podałam jej nurofen. Cały czas jest na chronionym. Znaczy to, że nawet wolne dni taty, nie dają możliwości na wygłupy. Trzeba z dziewczynką obchodzić się jak z jajkiem.
Dzisiaj odbyła się pierwsza z trzech imprez urodzinowych Agniesi. Mam nadzieję, że za tydzień będzie kolejna, a za dwa następna dla babci i dziadka. Teraz dziadkowie witają swoją nowonarodzoną wnusie Liliankę na świecie. Muszą się nią nacieszyć, bo dopiero we wrześniu ją zobaczą. Mam nadzieję, że mała kuzynka Agniesi będzie rosła szybko i zdrowo! Ponowne gratulacje dla Moniki i Kamila.
Pogoda ostatnio nie jest dla nas łaskawa i spacerki są rzadkością. Jeżeli już jest w miarę ciepło, to okazuje się, że wiatr zawiewa z taką siłą, że obawiam się o oczka Agi.
Muszę się pochwalić, że w końcu namalowałam kwiatki na ścianach. Fakt, miałam to zrobić w trakcie malowania, ale jakoś tak zeszło. Tyle było do zrobienia, że uznałam, iż to nie jest najważniejsze na świecie. Nie wyszło idealnie, jednak i tak jestem dumna ze swojego dzieła, a właściwie dzieł.
Pierwszy z szablonów wykonałam w pokoju. Okazało się, że to wcale nie taka prosta sprawa. Najpierw próbowałam wałkiem, a potem przyciskać wałek jak gąbkę. Jednak i druga metoda skończyła się poprawianiem rysunku cienkim pędzelkiem ręcznie. Skończyłam koło 1 w nocy. Drugi szablon, pouczona przez doświadczonego kuzyna, przyciskałam delikatnie i z wyczuciem gąbką. Efekt – ten sam, Kolejna godzina poprawiania cienkim pędzelkiem. Myślę, że jeszcze z 10 takich szablonów i dojdę do wprawy, bo ten drugi miał kilka krawędzi prawidłowych. Tylko ja nie mam już gdzie malować
Mój ogródek jest cudny. Patrzę na niego i serce mi rośnie. Moje pomidorki mają już owoce, róże kwitną po raz kolejny. Wszystkie kwiaty zaczynają się rozwijać. Dzisiaj była inspekcja mojej mamy. Ciekawe, czy przyjdzie ekspertyza i raport po 14 dniach. Jednak ustna pochwała za cynie i astry już była.
W tym roku torcik Agniesi zrobiłam sama. Nie kupowałam, wybrałam najprostszy z możliwych przepisów. Czekoladowy biszkopt, przekładany bitą śmietaną i wiśniami. Posypany startą czekoladą. Sprawa szybka, smaczna i kaloryczna. Agniesia za bitą śmietaną nie przepada. Kiedy tata próbował ją nakarmić, wszystko wypluła. A podobno tylko rurką oddycha…
Kliny rehabilitacyjne i stół sprawdzają się znakomicie. Cieszę się, że zdecydowałam się na ich zakup.
Kochani, życzę wszystkim miłej i spokojnej niedzieli!!!

niedziela, 12 czerwca 2011

Maleńki sukces :) /12 czerwca 2011/

Słoneczko przestało tak mocno grzać, zrobiło się chłodniej. Początkowo, siła wiatru nie pozwalała nam na spacery. Ba, nawet na wychodzenie na balkon. Teraz zrobiło się przyjemnie i możemy korzystać z letniej aury.
Tydzień rozpoczął się bólami kręgosłupa u Agniesi. We wtorek musiałyśmy jechać do aquaparku na rehabilitację. Okazało się, że Aguś odchorowuje podróż karetką. Kręgosłup paskudnie powystawiany.Karolina poustawiała, jednak następnego dnia, okazało się, że bioderko uciska na nerw i boli Agusię bardzo. Trzeba było zatejpować. Sprawdziłyśmy jak wygląda rehabilitacja Agusi na wałku z nową gastrostomią. Niestety nie jest to najszczęśliwsze „urządzonko”. Agniesi wbija się w żebra. Muszę kupić poduszeczkę na odleżyny, do pracy na brzuszku. Podczas zakładania kombinezonu Thera – Togs, rurka też układa się fatalnie. Jest krótka i sztywna. Coraz częściej zaczynam myśleć nada wymianą jej na foleja. W sierpniu jedziemy do CZD, do poradni. Powiem o wszystkim i poproszę o wymianę na flocare!
W poniedziałek powinien przyjść zamówiony stół i kliny. Pani z Habysa do mnie dzwoniła z informacją, że nadali przesyłkę. Cieszę się bardzo. Będzie mi łatwiej z Agniesią pracować, rehabilitantom podczas masażu też.
W czwartek Agniesia miała wymasowaną buźkę w trakcie terapii czaszkowo – krzyżowej. Oj, nie było zadowolone to moje dziecko, nie było. Dzielnie starała się po raz kolejny ugryźć Mirka w palec. Wuja był jednak dzielny.
Agnieszka zaskoczyła mnie ostatnio. Czytałam jej książeczkę, którą zostawiła dla niej mała Maya. Koleżanka była ze swoją trzyletnią córeczkę i Maya miała w planach przeczytać Agi książeczkę. Ćwiczenia w domu odbyły się na psiaku. Pies grzecznie leżał i słuchał czytanki. Niestety Maya nie zrealizowała planu, bo zasnęła mamie w czasie drogi. Za to, Agnieszka została zakryta wszystkimi pluszakami, jakie Maya miała pod ręką Maya uznała, że pluszaki powinny się przytulać do Agniesi, a nie stać na oparciu tapczanu. Na do widzenia Agniesia dostała buziaczka od Mayeczki, ja też Książeczka została, jak za rok Maya będzie z mamą w Polsce, Maya spełni swoją obietnicę i przeczyta książeczkę. Tak więc, musiałam sama poczytać Agi książeczkę, tym bardziej, że była o zwierzątkach. Pokazywałam Agniesi obrazki i opowiadałam co na nich jest. I wiecie co? Agusia z każdym razem wpatrywała się w stronę, którą  akurat jej pokazywałam. Przesuwała wzrok z kartki na kartkę. Książeczka była o zwierzętach i ich dzieciach. Bardzo sympatyczna, z ładnymi, wyraźnymi ilustracjami. Szczerze mówiąc byłam mile zaskoczona.
Dzisiaj kolejna wymiana rurki tracheo. Nie lubię tego robić, ale cóż. Jak mus, to mus. Po raz kolejny będę musiała dzwonić w sprawie ssaka DeVilbiss. W czwartek po odłączeniu od prądu, odpaliłam go zaledwie 3 razy i padł!! Trochę ponad godzinę był bez ładowania. To jest ssak, który po naładowaniu powinien wytrzymywać cały dzień!!!! To będzie już trzecia reklamacja! Zastanawiamy się nad zakupem baterii do niego i wymianą na własną rękę. Myślę jednak, że do czasu jak obejmuje go gwarancja, będę dzwoniła do serwisu.
Kochani, życzę wszystkim miłej niedzieli, przyjemnych spacerków i odpoczynku!

poniedziałek, 6 czerwca 2011

G-tube czyli znowu grzybek! /6 czerwca 2011/

Wyjazd do Warszawy już za nami. Jak zawsze wieźli nas wspaniali Panowie. Ponieważ widok przez Wisłę z Pałacem Kultury i Nauki w tle jest cudny, a do tego po drugiej stronie stoi już okazały stadion piłkarski, przejechaliśmy przez most dwa razy. Ubawiłam się tym faktem, bo każda ekipa karetki ma inne pomysły. Jedna z ekip, która nas wiozła robiła zdjęcia stolicy komórką przez przednią szybę w czasie jazdy, inna zahaczyła o Sochaczew, żeby sobie obejrzeć widniejący w dali pałacyk. Zajmuje to kilka minut więcej, a nam jest wesoło. Pierwszy raz się zdarzyło, żebyśmy tak szybko wrócili, w domu byliśmy koło 17. Wyjechaliśmy jednak przynajmniej godzinę wcześniej, bo karetka podjechała już przed 4 rano. Na miejscu byliśmy przed 9. Poszliśmy na oddział i po jakiejś pół godzinie w końcu wymieniono Agi foleja na G-tube jak to się fachowo nazywa, a popularnie nazwane jest grzybkiem. Nie jestem zadowolona, bo prosiłam o założenie zwykłego flocare. Wydaje mi się jednak, że dzieci z programu żywieniowego, posiadające garstrostomię mają zakładane G-tube z marszu. Już jak byliśmy we wrześniu, wszyscy byli kierowani do poradni. Teraz było dokładnie to samo. Niestety gastrostomia tego typu nie jest najszczęśliwiej zrobiona. Wężyk na zewnątrz jest sztywny i króciutki. Nie pozwala to na jego swobodne ułożenie pod ubraniem. Jutro zobaczymy jak będzie się zachowywał w czasie rehabilitacji i czy nie będzie Agniesi uwierał jak położą ją na brzuszku. W ostateczności, będę musiała dokupić małą poduszeczkę ze styropianem i dziurką w środku. To są chyba przeciw odleżynom na stopach. Musze się przyzwyczaić do nowego „urządzenia” w brzuszku. Praktyczne to, to raczej nie jest. Następna wizyta w poradni żywienia 16 sierpnia. Mamy 2 miesiące spokoju.
W piątek odebrałyśmy z Agi moje autko. Zrobili mi te wahacze, były z jednej strony wyrwane, więc trzeba było. Po drodze weszłyśmy do warsztatu zapytać się o nabicie klimy. Okazało się, że mogę mieć nieszczelną, skoro mi tak kiepsko chłodzi. To już jednak zrobię chyba po wypłacie. W końcu wczoraj umyłam tego mojego brudasa, bo wstyd było jeździć. A dzisiaj starałam się po południu doprowadzić ogródek do ładnego wyglądu. Agniesia leżała sobie na leżaczku pod parasolem, a mama dopieszczała nasz zielony azyl. Tata zamontował w końcu jakiś wąż, poskładany z resztek znalezionych u mojej mamy i teraz podlewanie jest łatwiejsze. Moje pomidorki pięknie rosną, kwiatki sprawiają, że jest kolorowo. Róże przepięknie zakwitły, muszę tylko jutro jeszcze na mszyce znowu popryskać. Mrówki skutecznie sobie je hodują, a same są odporne na wszystko. Mam w ogródku piękną jukę. Wypuściła wielką łodygę z kwiatem, niestety mrówki zaczęły ją podjadać i wypijać sok. Serce się kroi.
Agniesia, zgodnie z zaleceniem Pani doktor jest cały czas inhalowana. Paznokieć jeszcze nie zrósł, ale w jednym miejscu niemal się znowu wrósł. Muszę co drugi dzień podważać go i sprawdzać, czy nie ma podrażnień. Mój skarb jest dzielny, ale paluszek zabiera mi jak tylko chwytam za nóżkę. W tym tygodniu musimy wymienić rurę tracheo, już czwarty tydzień idzie. Tak bardzo nie mogłam doczekać się ciepłych dni, a boję się, że znowu przelecą, nim zdążę się nacieszyć.
Kochani uciekam do spania. kolejny długo tydzień przed nami. Życzę spokoju i życzliwości :)))

środa, 1 czerwca 2011

Byle do przodu! /1 czerwca 2011/

Jak pisałam wcześniej, jedziemy do Warszawy do CZD jutro. Niestety, moim przeznaczeniem jest widocznie walka z systemem i biurokracją… We wtorek zawiozłam rano zlecenie na karetkę, na pogotowie. Czyli wszystko odbyło się jak zawsze. Nie zdążyłam jednak odwieźć mamy, która siedziała w samochodzie z Agi, jak ja leciałam do przychodni, a potem do szpitala, jak zadzwoniła Pani dyspozytorka. Okazało się, że nie może przyjąć zlecenia, bo nie mam zgody NFZ. Mam ją sobie załatwić, tak orzekła księgowość! Rzuciłam telefonem wściekła i już chciałam zrezygnować z wyjazdu, bo przypomniała mi się sytuacja sprzed blisko 2,5 roku, kiedy jechałyśmy do CZD na operację z Agi. W drodze do domu jednak ochłonęłam i zaczęłam dzwonić. Najpierw Poznań, tam Pani skierowała mnie do Piły, bo nadal jest rejonizacja. Wytłumaczyła procedurę. Pani doktor ma wypisać zlecenie na transport daleki i przefaksować do Piły (3/4 druku ja wypełniam), ja mam dzwonić do CZD, żeby przesłali potwierdzenie naszej wizyty tam. W Pile ocenia te dokumenty lekarz i ewentualnie zatwierdza zasadność wniosku. Przesyła to „pocztą wewnętrzną” do Poznania i tam rozpatruje to dyrektor NFZ. Ponownie następuje ewentualne zatwierdzenie, wraca to do Piły a oni faksują do szpitala, z którego ma iść karetka. Ja otrzymuję odpowiedź listem poleconym!!!
Fizycznie jednak wygląda to tak, że trzeba wszystko sprawdzać i dzwonić kilkakrotnie wysłuchując narzekań i obelg pod kierunkiem lekarzy, sekretarek, szpitala itp, itd… Dzisiaj rano mój Arek przefaksował wniosek do NFZ, bo po odebraniu go od Pani doktor wczoraj po południu, wypełniłam go i Arek z pracy wysłał faksem. Wszystko to, żeby tylko było szybciej. Coś mnie jednak tknęło i koło południa zadzwoniłam właśnie do Piły, i co się okazało? Pan z pretensjami do mnie, że nie dostał jeszcze wniosku! A ja do 14 musiałam mieć odpowiedź, bo musieli wypisać delegacje dla kierowcy i sanitariusza. Druk oczywiście leżał od 7 rano przefaksowany, tylko że w sekretariacie!!! Innymi słowy, gdybym nie zadzwoniła, nic bym nie załatwiła. Jeszcze telefon do księgowości szpitala, do pogotowia…oszaleć można.
Najgłupsze jest to, że załatwiłam karetkę, ale wcale nie jestem z siebie zadowolona. Dlaczego po raz kolejny trzeba o wszystko walczyć? Przygnębia mnie to zwyczajnie. Ilu rodziców rezygnuje i nie wydzwania, żeby załatwić transport? Absurd! Do tego wszystkiego uświadomiłam sobie, że moje dziecko nie znajdzie miejsca w żadnej grupie dla dzieci głęboko upośledzonych. Agnieszka skazana jest praktycznie na zajęcia indywidualne w domu.
Rozmawiałam z koleżanką, która jest prezesem Stowarzyszenia i okazało się, że po naszej wcześniejszej rozmowie w zeszłym roku, obdzwoniła wiele ośrodków tego typu i żaden nie przyjmuje dzieci z rurkami tracheo. Zatrudnienie pielęgniarki okazało się najmniejszym problemem. Największym, są ludzie z doświadczeniem przy pracy z dziećmi głęboko upośledzonymi. Przyjęcie dziecka z rurką jest ryzykiem dla ośrodka. W sumie cieszę się z jasno postawionej sytuacji, ale i tak to przygnębia człowieka. Mimo wszystko ważne jednak jest to, że dla Agnieszki Pani dyrektor zaproponowała ośrodek w Owińskach. To bardziej wyspecjalizowani ludzie niż przeciętni pedagodzy po kursach w szkołach podstawowych.
Jutro musimy baaaardzo wcześnie wstać. Wyjazd o 4 rano, bo w Warszawie musimy być na 10. Zadzwoniłam jeszcze dzisiaj potwierdzić i wszystko jest gotowe, na szczęście, bo jakbym miała to wszystko odkręcać, to zwariowałabym zwyczajnie!
Agniesia nadal jakaś taka senna. Inhalujemy się zgodnie z zaleceniem. Nawet na spacerki chodzimy, pomimo słońca. Dzisiaj przymusowy, w piątek też. Musiałam odstawić auto do warsztatu, bo wahacze się pozrywały przy kołach. Zaczęło się robić trochę niebezpiecznie. W piątek odbiorę, bo jutro nie zdążymy raczej wrócić do 16. Strasznie długi ten tydzień jest!
Życzcie nam szerokiej drogi i załatwienia wszystkiego w stolicy. Miłego dnia kochani.

wtorek, 31 maja 2011

Ciężki dzień /31 maja 2011/

W końcu słonko zaczęło przygrzewać na całego. Dzisiaj się nabiegałam po mieście, a czas na spacerek przyszedł dopiero po południu, jak tata wrócił z pracy.
Dzisiaj zgodnie z umówionym terminem spotkałam się z Panią dyrektor Ośrodka pedagogiczno-psychologicznego. Mama od rana przyjechała do Agniesi, a ja pojechałam na rozmowę. Pani dyrektor podała mi artykuł z którego zaczerpnęła przepisy. Wcześniej jednak dzwoniła do kuratorium, aby upewnić się, czy dobrze te przepisy interpretuje. Innymi słowy, to co pisałam wcześniej, że dzieciaczki mające obecnie 5 lat nie muszą, a jedynie mogą iść do szkoły, jest prawdą. Tak przepisy interpretuje nasze kuratorium.
„Przepisy przejściowe wynikające z ustawy z 19 marca 2009r. o zmianie ustawy i systemie oświaty oraz zmianie innych ustaw
Dz. U. nr 56. poz. 458
Art. 10
W roku szkolnym 2011/1012 dzieci urodzone w roku 2005, które nie rozpoczęły spełniania obowiązku szkolnego mają obowiązek odbyć roczne obowiązkowe przygotowanie przedszkolne w przedszkolu, oddziale przedszkolnym zorganizowanym w szkole podstawowej lub w innej formie wychowania przedszkolnego.”
Zacytowałam przepis, żeby nie było wątpliwości. Jednak każdy przepis można interpretować po swojemu.
Przejdę jednak do tego co postanowiłam w sprawie Agnieszki. Otóż, Pani dyrektor rozmawiała już wcześniej z prezesem wągrowieckiego stowarzyszenia Bona Fides, które zamierza od września utworzyć drugą grupę dzieciaczków, tym razem jednak dla dzieci z głębokim upośledzeniem również. Niestety pojawia się tu problem, o którym wcześniej rozmawiałyśmy już z Dagmarą, prezesem tegoż stowarzyszenia. Agnieszki rurka tracheo, wymaga stałej obecności pielęgniarki. Nic nie daje, że ja i tak byłabym cały czas przy niej. Stowarzyszenie ze swojej strony musi zapewnić pełne bezpieczeństwo. Tutaj Pani dyrektor zaproponowała zwrócenie się z prośbą do dyrekcji MOPS. Dysponują oni bowiem funduszami na dodatkowe działania. Problem z pielęgniarką wiąże się bowiem, jak zawsze ze środkami finansowymi. Stowarzyszenie otrzymuje dofinansowania i dzięki temu się utrzymuje. Jutro umówiona jestem z Dagmarą, zobaczymy.
Postanowiłam umówić Agnieszkę do psychologa na ocenę jej stanu. Jak mówiłam już wcześniej Agnieszkę jako dziecko w pełni zdrowe, miałabym obawy puszczać teraz do szkoły. W sytuacji, w jakiej się obecnie znajdujemy, każda stymulacja jest jej niezbędna. Tak więc poważnie rozważam możliwość rozpoczęcia przez Agnieszkę edukacji od września. Okazało się, że Agnieszka będzie miała nauczycieli z ośrodka pod Poznaniem, a nie z Wągrowca, chyba, że uda nam się załatwić wszystko ze stowarzyszeniem. Do Owińsk pod Poznaniem jeździć raczej nie będę, to ponad 40 km w jedną stronę. Musiałabym mieć kogoś do pomocy przy Agi w aucie.
Odebrałam też wyniki naszych wymazów. Okazało się, że ja jestem zdrowa. Niestety Agnieszka ma nadal to paskudztwo w gardle. Nic się nie zmieniło. Wracamy do inhalacji gentamecyną i pulmikortem. Nie będziemy szaleć z zastrzykami, jak nie ma stanu zapalnego. Zastrzyki, które dostała Agnieszka, wywołały u niej zrosty i obolałą pupcię. wszystko wyszło dopiero w piątek. Jeszcze dzisiaj smaruje jej żelem, a wcześniej okłady z kapusty jej robiłam. Moja biedna tak cierpiała przy rehabilitacji, a ja nie wiedziałam co się dzieje. Dopiero jak poprosiłam Karolę, żeby sprawdziła jej kręgosłup, wszystko się wyjaśniło. Pupcia tak ją bolała, że łezki płynęły jej po policzkach. Rano nic takiego nie miała. Nie chcąc sprawiać jej bólu kupiłam jej kółko dmuchane do siedzenia, niestety styropianowych nie było. Nie może cały czas leżeć.
Dla pełni mojego szczęścia odezwało się CZD, a mianowicie Poradnia Żywienia. Ostatni raz byliśmy we wrześniu. Niestety wizyty wymagane są przynajmniej co 4 miesiące. Postanowiłam skorzystać z okazji i umówić się na wymianę foleya na oryginalnego PEG-a. Nie ma jak sobie życie ułatwić. Pani doktor bez żadnych protestów umówiła nas na czwartek…2 czerwca na 10 rano!!! W środę mam zadzwonić, czy na pewno mają już tego flocare! No i teraz muszę do środy załatwić karetkę, musimy wyjechać koło 4 rano, żeby dojechać na miejsce do 10. Rozglądałam się, czy nie pojechać pociągiem i wziąć taksówkę, jednak obawiam się, że zbańczyłabym na niej. Samochodem nie przejadę sama w dwie strony. Najwyżej będę odwoływać. Foleya chciałam wymienić, bo Agnieszka nadal go „połyka”. Musiałam już maścią smarować, bo tak sobie brzuszek podrażniła kwasami.
Kochani uciekam do spania, bo jutro mam jeszcze sporo spraw do załatwienia. Życzę Wam pięknej opalenizny!!!

czwartek, 26 maja 2011

Całuski pieguski :))) /26 maja 2011/

Pogoda nie nastraja optymistycznie w ostatnim czasie. Też podłapałam jakąś chandrę i niebardzo wiem co z tym zrobić. Generalnie staram się zwalić na przesilenie wiosenne. Musze przetrzymać, niedługo będzie lepiej
Ciepła wiosna nie chce się u nas zatrzymać na dłużej. Udało nam się jednak z Agniesią pospacerować odrobinę w zeszłym tygodniu. W czwartek odwiedziłyśmy tatę w pracy, mamy stosunkowo niedaleko teraz. W piątek zrobiłyśmy sobie już taki wyczynowy trzygodzinny spacerek do centrum miasta. Agniesia była dzielna i nawet jej odsysać często nie musiałam, nie mówiąc już o jakichś nerwach Obydwie złapałyśmy troszkę opalenizny, a Agniesia jeszcze dodatkowo dostała kilka nowych całusków – piegusków od słoneczka Tak uroczo mój skarbek wygląda z tymi piegami. Nie na nosku, tylko na policzkach,i skroniach.
W sobotę już skorzystałyśmy z pomocy auta, bo mamusia chciała trochę zakupów zrobić. Do miasta autem, a z samochodu Agulek do wózka. Niestety, znowu schody w sklepach uniemożliwiły nam wjazd do kilku sklepów. No ale na to już nic nie poradzimy. Z pomocą cioci Danusi udało się sprawnie załatwić to co chciałam.
Ten tydzień nie sprzyja spacerom. Wiatr jest tak silny, że nie mam odwagi iść z Agnieszką na spacer. Ba, nawet nie wystawiam jej na balkon. Jednego dnia tylko wyszliśmy do ogródka, bo wiatr się uspokoił. Było to jednak zaledwie kilka minut. Trzeba było Agniesię ewakuować.
Nie wiem skąd, ale niestety oczko i tak ma przewiane. Dzisiaj już zaczęłam jej zakrapiać gentamecyną i zasmarowałam na noc neomecyną. Problem z oczkami polega na tym, że niestety zmarł niedawno, nasz wspaniały okulista. Dzięki niemu Agniesia ma jeszcze to drugie oczko. Będzie nam brakowało Pana doktora. Teraz musimy znaleźć osobę, która będzie miała tyle doświadczenia, żeby móc leczyć Agi oczka. Nie musieliśmy często jeździć, ale  zawsze przyjmowani byliśmy poza kolejnością. Pan doktor dokładnie oglądał dna oczu. Jak macie jakichś sprawdzonych lekarzy z Poznania, Piły, Bydgoszczy…chętnie posłucham podpowiedzi.
Dzisiaj rozmawiałam z naszą Panią doktor. Jutro odbiorę skierowanie i zrobimy Agniesi kolejny, tym razem kontrolny wymaz z gardełka. Sobie też zrobię, muszę tylko wejść po skierowanie. Obawiam się jednak, że Agniesi wraca się zapalenie gardła. Znowu ma coraz gęstszą wydzielinę i w nosku podejrzanej barwy kluchy. No i co? Znowu zastrzyki? Agulek jest jeszcze wykończona po ostatnich. Rehabilitację ledwie znosi. Nadal pada zmęczona i kilka minut musi się przespać po ćwiczeniach.
Ostatnio moim relaksem stał się nasz maleńki ogródek. Sadzę kwiatki gdzie się da. Podlewam, pryskam róże, pielę. Musze jeszcze tylko znaleźć skuteczny środek na mrówki. Jest ich tam cała masa. Faktem jest, że mam na to czas jedynie wieczorami, kiedy mogę zostawić Agniesię. Dzisiaj posadziłam nawet dwa krzaczki pomidorów. Mam nadzieję, że nam wyrosną i będą miały owoce. Będą dla Agniesi na śniadanko!
Wczoraj Agniesia namiętnie oglądała swoje aniołki. Ustawione są w szklanej szafce, która była w mieszkaniu, jak się wprowadzaliśmy. Właściciel kazał ją wyrzucić. My jednak uznaliśmy, ze gablotka idealnie nadaje się do Agniesi aniołków. Arek zamontował światło, ja wypolerowałam szyby i stoi w salonie! Agi leżała na leżaku i baaardzo mocno się wpatrywała. Ostatnio ulubioną maskotką Agniesi jest…kura! Tak kochani, Agnieszka dostała od Ani ze Szczecina pluszową kurę! Na tapczanie stoi cały szereg pluszaków. Agnieszka jednak zawsze skupia wzrok na tej jednej. Może ten czerwony grzebień i dziób? Nie wiem, wrzucę do galerii zdjęcia, jak tylko mojemu mężowi uda się w końcu rozpracować konwertowanie zdjęć, bo pouciekały nam jakieś programy. Nawet nie mogę na dobrą sprawę na Allegro nic wystawić, bo nie mam jak fotki przerobić. No ale, mój Pomysłowy Dobromir coś wymyśli.
Kochani, życzę wszystkim udanego weekendu.