poniedziałek, 4 kwietnia 2011

Turnus /4 kwietnia 2011/

Kochani, odnosząc się do komentarzy. Oczywiście, że niejednokrotnie przeliczaliśmy ile płacimy za wynajem. Nie raz chwytaliśmy się za głowę. Mieliśmy zamier kupić mieszkanie, umówiona byłam już z Panem, który buduje u nas mieszkania. Jednak jak do mnie zadzwonił, aby wpisać nas na konkretną listę, Agi była już w śpiączce. Wydarzył się wypadek. Do dziś nie mamy zdolności kredytowej. Piszesz, że znajomi zarabiali niewiele, 4500 zł – dla nas to bardzo dużo. Ja nie pracuję jak wiecie. Mój jedyny dochód, to zasiłki rodzinne, pielęgnacyjne i wychowawcze, o które co roku muszę składać papiery. A które zostaną nam odebrane, jak tylko przekroczymy próg.
Staraliśmy się też o mieszkanie od miasta, niestety – za duży dochód mamy. Musielibyśmy nie płacić czynszu, żeby mieć status eksmisji i wtedy wpisaliby nas na listę mieszkań socjalnych. Absurdem jest to, że nasze dochody są za wysokie na mieszkanie socjalne, za niskie na TBS, w sam raz na zasiłki rodzinne, za małe na kredyt hipoteczny. Wynajęcie mieszkania jest na chwilę obecna jedyną rozsądną dla nas możliwością.
Ja nie chcę przez to powiedzieć, że klepiemy biedę. Dzięki pomocy rodziny, jakoś sobie dajemy radę i starcza na opłacenie rachunków. Samochodu luksusowego nie mamy, plazmy też. Nie użalam się nad sobą. Opisałam całą historię, bo przeraziła mnie ta Pani. Taka mała przestroga, żeby najpierw się dowiadywać czegoś o człowieku, a potem wynajmować mieszkanie. Luksusowy w naszym domu jest jedynie wózek Agniesi. Ale został on zakupiony dzięki 1% wpłaconemu do fundacji.
Dziękuję kochani za troskę i życzę Wam wszystkiego najlepszego
Jesteśmy na turnusie. Jechaliśmy trochę ponad 3 godziny. Droga była super, słoneczko na niebie, niewielki ruch. Mielno prywitało nas wiosną i ciepłym wiaterkiem. Poszliśmy na spacerek jedynie w sweterkach, a Agi w wiosennej kurteczce. Spotkaliśmy zaledwie 3 znajome mamy. Jednak terapeuci sami znani. Z wszystkimi wspaniale się widzieć. Tym razem nie ma Pani doktor, jest jej syn Pan Denis. Dzisiaj przeprowadził od rana diagnozę. U Aguni jest sporo do zrobienia, ale i tak zauważalna jest poprawa. Tym razem spróbujemy balansowania na kolankach. Ponownie dużo rotacji, babińskiego i odruch ochrony ścięgien. Będziemy turlać Agniesię po materacu i ćwiczyć oddech i przełykanie. Popracują też nad jej szyją, żeby poprawić asymetrię.
Agniesia jest padnięta. Śpi moja królewna twardo już. Rano zaczynamy od 10, więc sobie rano znowu trochę pośpi. Przerwa znowu tylko obiadowa. Ten turnus nie jest największy. Duży będzie majowy. Ma być ponad 35 dzieci, więc dobrze, że jesteśmy teraz. Jakoś tak spokojniej, chociaż to bieganie między piętrami jest męczące. Arek towarzyszy nam na każdych zajęciach, chociaż stwierdziłam, że na arteterapię będzie chyba sam chodził. Agi była dzisiaj bujana w prześcieradle i oglądała świat przez kolorowe folie. Czułam się trochę niepotrzebna, to chociaż okleiłam ściany foliamy, żeby dzieciaczki nie pomalowały. W końcu do czegoś się przydam….
Jest też Beatka z Wojtkiem. Jutro może uda mi się odwiedzić ich w pokoju, bo słyszałam, że z Wojtka już kawał chłopa się zrobiło. Dzieciaczki tak powyrastały na wiosnę, że aż miło. Agniesia też się wyciągnęła. Śpiworek doszedł na czas więc mogliśmy go zabrać na turnus.
Pozdrawiam wszystkich ze słonecznego Mielna :)))

sobota, 2 kwietnia 2011

Kilka lat starsi i mądrzejsi /2 kwietnia 2011/

W końcu mogę napisać jak zakończyła się sprawa z mieszkaniem. Niestety ten tydzień był bardzo długi i trudny. Zakończył się jednak małym sukcesem. Tak więc po kolei…
We wtorek rano Pani wynajmująca nam mieszkanie, przyniosła mi odręcznie napisane pismo, w którym powołuje się na art Kodeksu Cywilnego, oznajmiając, że nie zamierza przystać na nasze wypowiedzenie i w związku z tym, czynsz mamy regulować do końca umowy. Oczywiście, wyprowadzić się możemy w każdej chwili. Podjęłam próbę negocjacji, jednak bezskutecznie. Dowiedziałam się, że zasłaniam się dzieckiem, że awanturuję się o takie bzdety jak sypiący się popiół z sadzą z komina, spadające dachówki z rusztowania na głowę, zasypany w piwnicy wózek czy w końcu pleśń, która zakwitła w naszym mieszkaniu razem z wiosną. Oprócz tego dowiedziałam się, że pleśń jest przez to, że suszyłam pranie w mieszkaniu, bo nie chciało mi się chodzić na strych. Pierwszy raz wtedy usłyszałam o czymś takim w tej kamienicy.
Cała w nerwach zadzwoniłam do jednej z kancelarii prawnych w naszym mieście i umówiłam się na konsultację. Mogłam iść dopiero wieczorem.
Bardzo miła Pani dokładnie wytłumaczyła mi jakie prawa mam w związku z podpisaną umową. Umowy zawiera się na czas określony, właśnie dlatego, żeby zbyt wcześnie ich nie rozwiązywać. Jednak, w naszej umowie jest punkt, który stanowi o możliwości miesięcznego wypowiedzenia tej umowy. Dotyczy to każdej ze stron. W tym wypadku nie ma tutaj mowy o wyrażaniu czyjejkolwiek zgody na opuszczenie lokalu. Innymi słowy prawo stoi po naszej stronie. Pani adwokat zaleciła mi zapłacić czynsz za miesiąc kwiecień i nie robić nic więcej. Ewentualnie poinformować Wynajmującą o swoim stanowisku ustnie, bądź pisemnie.
Wróciłam z kancelarii, a mój mąż postanowił podjąć ostatnią próbę spokojnego rozwiązania umowy. Niestety bezskutecznie. Skorzystałam z okazji i poinformowałam Panią o naszych prawach, kazała mi iść do adwokata. Jak dowiedziała się, że od niego wracam, była zaskoczona i już z nami nie rozmawiała więcej.
Tego dnia byliśmy też umówieni na podpisanie umowy w nowym mieszkaniu. Jednak i do tego nie doszło. Okazało się bowiem, że właściciele dali jednocześnie ogłoszenie o sprzedaży jak i wynajmie. We wtorkowe popołudnie zgłosiła się Pani, zapewniając, że w piątek wpłaci 20 tys zadatku na zakup mieszkania. Byliśmy bliscy załamania. Właścicielowi zrobiło się głupio, jak się dowiedział, że my i tak musimy już teraz opuścić tamto mieszkanie. Umówiliśmy się, że jak do końca tygodnia nie zapłaci ta Pani tych pieniędzy, to mieszkanie jest zostawione dla nas i podpisujemy umowę. Nie mieliśmy wyboru. Pojawił się tylko problem, bo do czwartku musieliśmy opróżnić mieszkanie. Co było robić, trzeba znów było wykorzystać moją mamę i rodzeństwo, sprawdzić ich cierpliwość i wyrozumiałość.
W środę zaczęła się akcja przeprowadzka. Rano zjechała mama, zaczęłyśmy pakowanie, ja nosiłam walizki do auta i jeździłam wywozić i wypakowywać, a mama siedziała z Agi. Koło 17 zajechało pierwsze auto do przewozu mebli. W życiu tylu ludzi w tym mieszkaniu nie było. Jak wróciłam po odwiezieniu Agi, w mieszkaniu było 7 panów i już tylko 2 panie. Przewoziły nas 2 samochody dostawcze. Poszło nadzwyczaj szybko. Do 20 w mieszkaniu nie było już nawet lamp. Zostały drobiazgi i dziury do pozaklejania. No i sprzątanie, ale to na czwartek sobie zostawiłam.
Najlepsze było upchnięcie tego wszystkiego. Meble kuchenne stoją pod altaną, przykryte plandeką. Lodówka, pralka i kuchenka, u sąsiadów w garażu. A pozostałe rzeczy się rozpierzchły. Ciągle czegoś szukamy, potykamy się o coś, a koty stale włażą do jakiejś torby. Chociaż moja siostra dochodzi do wprawy w poszukiwaniach.
W czwartek Agniesia została z babcią, a ja pojechałam sprzątać i kleić dziury gipsem. Wyrobiłam się w jakieś 3-4 godziny. Wracałam akurat jak Aginek obiadek miała dostać. Arek wrócił z pracy i oznajmił, że dzwonił właściciel mieszkania i na 98% w sobotę podpiszemy umowę. Pozostało nam czekać. Na ten dzień mieliśmy jeszcze trochę emocji do przeżycia. Trzeba było rozwiązać umowę i pospisywać liczniki. Nie wiedzieliśmy jak to pójdzie. Przyjechaliśmy koło 18 do mieszkania, zadzwoniłam po Panią i o dziwo przyszła. Spisała liczniki, obejrzała mieszkanie i podpisała pismo, które wcześniej przygotowałam. W piśmie tym odnotowałam, że płacę czynsz za miesiąc kwiecień i nie mam już żadnych zobowiązań wobec tej Pani. Napisałam też w jakim stanie jest mieszkanie. Nie malowaliśmy, bo wpłacaliśmy pieniądze na jego odmalowanie. Pani słowem prawie się do nas nie odezwała, była bardzo obrażona i niezadowolona z takiego obrotu sprawy. Obydwoje jednak się ucieszyliśmy, że tak to się zakończyło. Pozostał tylko problem, tego gdzie mamy mieszkać.
W piątek pojechałam do wodociągów i gazowni, żeby zakończyć umowy. Pozostała mi energetyka, jednak do Chodzieży nie miałam szansy dojechać. No i rozwiązanie umowy z TP SA. Te pisma pójdą w poniedziałek. Arek otrzymał od właściciela mieszkania umowę, że czeka do wieczora, ale raczej w sobotę podpiszemy umowę. Co było robić, musieliśmy dalej czekać.
Jeszcze jedna sprawa. Wiemy jeż dlaczego Pani, wynajmująca nam mieszkanie była tak bardzo zła. Otóż w środę koło 15 przyszli do mnie sąsiedzi, którzy wyprowadzali się niedawno. W sumie mieszkali bardzo krótko, bo jakieś 2 miesiące. Okazało się, że otrzymali takie pismo jak ja, tyle że z kancelarii adwokackiej. Przyjechali porozmawiać z Panią, ale jej nie było. Przyszli do mnie, bo widzieli, że się wyprowadzamy i chcieli się dowiedzieć, czy też mamy problemy. Cóż, mieliśmy… Przekazałam im zdobyte informacje i poprosiłam, że jeżeli zamierzają iść do kancelarii po poradę, to najlepiej jakiejś innej. Zrobili tak, umówili się na czwartek rano. Parę godzin później zahaczyła mnie kolejna sąsiadka, która mieszkała dwa piętra nad nami. Miała dokładnie ten sam problem co Państwo, którzy przyszli wcześniej. Przekazałam swoje informacje i Pani również chciała porozmawiać z radcą prawnym. Teraz byłam w domu!!! Pani wynajmująca nam mieszkania była święcie przekonana, że byliśmy w zmowie. Jednak jedno od drugiego było niezależne. Fakt, że zwolniły się jednocześnie 3 mieszkania, a jeszcze 3 miała puste na sprzedaż, średnio mnie interesuje. Może zabrzmi to brutalnie, ale takie jest prawo rynku. Raz hossa, raz bessa. Trzeba przetrzymać. Przykro mi, że ma słabszy okres, ale czas pomyśleć dlaczego. Tylko dlaczego my jesteśmy obrażani? Dowiedziałam się, że zazdrościmy jej (znaczy właścicielce kamienicy) pieniędzy. Wypominamy klinkier kładziony na kominie, co zobaczyłam dopiero po otrzymaniu tej informacji, że zazdrościmy samochodu. Specjalnie nie ma czego zazdrościć. Teraz paliwo drogie, a ta bryka 20 łyka na setkę. Do tego, co mnie najbardziej zabolało, że trzymam Agi, żeby się nią zasłaniać i poprawiać sobie życie!!!! Ta kobieta nie jest zdrowa psychicznie!!!! Chciałam zrobić badanie w sanepidzie pleśni ze ściany, ale kosztuje to naprawdę majątek, nie stać mnie. Na szczęście nie było to już potrzebne, mamy to za sobą i nigdy więcej nie chcę spotkać takich ludzi!!! Pozostała nam za to wspaniała znajomość, którą mam nadzieję będziemy podtrzymywać. Pozdrowienia kochane dziewczynki spod 19 :)))
Dzisiaj w końcu wszystko zakończyło się powodzeniem! Arek zadzwonił do Właściciela od którego staraliśmy się wynająć mieszkanie i umówiliśmy się na 14. Mamy już podpisaną umowę, klucze do mieszkania! Problem mały jednak jest. Arek jedzie tym razem z nami na turnus. Jedziemy jutro przed południem. Wszystkie nasze rzeczy zostaną u mamy i będą musieli jakoś z tym sobie poradzić. Strasznie mi głupio, ale jak mam jutro prowadzić 4 godziny samochód, nie mogę dzisiejszej nocy przewozić ciuchów i nosić do mieszkania. Poza tym trzeba tam posprzątać i odmalować. Poprzedni lokatorzy zostawili po sobie mały sajgon, jakby uciekali w popłochu. No a teraz staram się spakować w miarę rozsądnie.
A Agniesia? Agniesia przeżyła to chyba najbardziej. Każdy mój stres odczuwała i denerwowała się ze mną. Rehabilitację miała cały tydzień. W czwartek i piątek przyjechały nasze Somitki na Berdychowo, do mamy. Codziennie rano nasza psina, Sonia czeka żeby przywitać się z Agnieszką. Wtula w nią swój wielki słodki pysk i delikatnie obwąchuje liżąc Agulka. Jaka ona jest wtedy słodka. Dzisiaj Agniesia popluskała się w wannie. Taka zrelaksowana była po kąpieli. Do tego wszystkiego w końcu udało mi się wyciąć cały narosły jej paznokieć przy nóżce. Chyba rok już jak nam doskwiera. Teraz jednak musi być już z górki. Czuję się starsza o kilka lat. Jednak nauczyło mnie to czegoś. Nowe doświadczenie. Jednak jak stwierdziła moja siostra, wolałabym chyba być młoda i głupia 
Kochani, chciałam podziękować za pomoc w przeprowadzce wszystkim uczestnikom-pomocnikom!!!

poniedziałek, 28 marca 2011

Kolejne zmiany i problemy /28 marca 2011/

Agniesia na szczęście już zdrowa. Chociaż ostatnio coś jakby podziębiła się. Pewnie na spacerku, bo pogoda nie sprzyja, a skusiłyśmy się i trzy razy byłyśmy. Dzisiaj już nie poszłam, bo nie było sensu. Tak potwornie zimno, że szkoda wychylać nos z ciepłego domku.
Dzisiaj byliśmy obejrzeć mieszkanie. Umówiłam się wczoraj, bo niestety w naszym mieszkaniu na ścianach narosła taka ilość pleśni, że poważnie obawiam się o zdrowie Agnieszki. Mieszkanie, które chcemy wynająć, wymaga odświeżenia, ale czynsz jest niższy i jest znacznie większe od tego, które teraz wynajmujemy. Do tego nie ma mowy tam o pleśni. Pan, obiecał nam to mieszkanie, jutro jedziemy podpisać umowę i tu pojawiły się problemy.
Poszłam do obecnej właścicielki, poinformować ją o naszej decyzji. Okazało się, że Pani jest bardzo niezadowolona, uważa, że pleśń zrobiłam sobie sama w mieszkaniu, susząc w nim pranie. No i powinnam wziąć szmatkę mokrą i zwyczajnie zetrzeć narosłe grzyby. Poza tym, grubo przesadzam uważając, że ta pleśń zaszkodzi Agnieszce. Ponadto umowa jest na rok i ja powinnam wymeldować się ewentualnie pod koniec umowy a nie w połowie. Jak to stwierdziła ta Pani, owszem, mogę wypowiedzieć umowę miesiąc wcześniej, ale za jej zgodą. Takie banialuki mi wciskała, że szkoda słów. Generalnie skończyło się na tym, że owszem, mogę się wyprowadzić, ale czynsz mam płacić do sierpnia!!!! Starałam się być opanowana, bo złością pogorszę tylko sprawę. Przyszłam do domu, zwyczajnie się spłakałam. Musimy się wynieść do czwartku, bo jakoś nie chce mi się płacić kolejnego czynszu.
Mój mąż wziął się zaraz za pakowanie, a rodzeństwo wywiozło już część rzeczy. W środę powinien podjechać samochód po meble a w czwartek sprawy porządkowe. W niedzielę jedziemy na turnus. Wszystko razem się tak skumulowało, ale kolejnej szansy na tanie mieszkanie mieć nie będziemy. W  każdym razie nie tak szybko.
Ostatnio miałam kilka spięć z właścicielką. Jednak myślę, że trochę racji miałam. Przy rozbiórce kominów, zasypał nas popiół z sadzą 3 dni z rzędu. Agnieszka w rurce miała sadzę. Wszystko było czarne, dywany wymagały karchera, a pościele i koce trzeba było wyprać.
Wychodząc z domu, prawie dostałam w głowę dachówkami, które bez zabezpieczenia rzucane były z dachu do kontenera na odpady.
A w czwartek, panowie zabrali się za wiercenie w kominie, w naszej piwnicy i skutkiem tego Agnieszki wózek był biały. Dosłownie. Musiałam go wyprać, a ze spacerków nici. Tak w ogóle to cała piwnica jest zasypana, wszystko jest w pyle po wierceniu.
A dzisiaj usłyszałam, że ja od jakiegoś czasu zrobiłam się dziwna. Nerwowa jestem i czepiam się o wszystko. Może i się czepiam, ale tylko jak mam powód.
No i powiedzcie, czy taka osoba ma prawo trzymać nas na siłę w mieszkaniu? Zmuszać do płacenia rocznego czynszu (nie ma tego w umowie). Umowa sporządzona jest w sposób minimalistyczny. Pani ma problem, bo przy obecnych pracach na dachu, nie znajdzie na nasze miejsce lokatorów. Tak więc mamy płacić, do czasu, aż się znajdą. Może ja się nie znam, ale to jest chore. Zaczynam się zastanawiać nad pobraniem próbek pleśni i przebadaniem ich. Tylko niestety nie wiem ile to kosztuje. Miałabym wtedy w ręku konkretny dowód, że to jest szkodliwe i że nie rusza się narosłej pleśni na ścianie, bo ona jest wtedy najbardziej szkodliwa. Tylko czy ja tak naprawdę potrzebuję wytłumaczenia, dlaczego się przeprowadzam? Każdą umowę można rozwiązać.
Szczerze mówiąc jestem bardzo zdenerwowana, bo ta Pani jest zdolna do wielu rzeczy. Tylko niestety dowiedziałam się o tym po niewczasie. Musimy robić zdjęcia przed wyniesieniem i po wyniesieniu mebli. Kopie oddać właścicielce. Trąci paranoją, ale jakoś nie chce mi się po sądach włóczyć. Kaucję bezzwrotną wpłaciliśmy, tak więc odnawiać mieszkania nie musimy. Ale się pokiełbasiło. Jednak po dzisiejszej rozmowie nie zamierzam to zostać ani dnia dłużej niż to konieczne!! I tak pewnie będzi opowiadała o mnie, jestem awanturnica i złośliwa jestem. Trudno. 10 lat na poprzednim mieszkaniu i nie było żadnych niemiłych zgrzytów na koniec. A tutaj pół roku i już nieprzyjemne sytuacje.
Życzę Wam milszych dni, niż ja mam ostatnio. Życzcie mi pomyślnego rozwiązania umowy i szybkiej przeprowadzki!

poniedziałek, 21 marca 2011

Obowiązek szkolny /21 marca 2011/

Wiosna! W końcu przyszła i rozświetliła niebo słonkiem. Już dosyć tego zimna i śniegu. Teraz będziemy mogły częściej na spacerki chodzić.
Z Agniesią już znacznie lepiej. Antybiotyk zrobił swoje, chociaż do czwartku jeszcze gorączkowała. Umówiłam się z Panią doktor, że przedłużymy antybiotyk jeszcze o dwa trzy dni. Dostałam receptę i jutro pojedziemy do kontroli. Agniesia pozbyła się tego paskudnego ropnego katarku. Całe szczęście!!! Od soboty już spacerujemy, chociaż dzisiaj akurat nam nic z tego nie wyszło. Ciężki dzień, a właściwie cały tydzień się taki zapowiada.
Zmarł tata Zosi Nowak. Człowiek, wydawałoby się w sile wieku, a tutaj choroba Go dopadła i pokonała. Byłam na pogrzebie w Budzyniu i muszę przyznać, jeszcze trudno mi w to uwierzyć. Cały czas zaskakuje mnie kruchość naszego istnienia. Dziś jesteśmy, jutro nas nie ma. Szanujmy siebie i ludzi nas otaczających, nigdy nie wiemy co nas czeka, możemy coś przegapić. Głębokie wyrazy współczucia dla rodziny Waldka.
Jestem rozbita po tym pogrzebie, a tyle spraw do załatwienia. Wracając z Budzynia wjechałam do poradni psychologiczno – pedagogicznej. Czas już zgłosić Agnieszkę do zerówki. Okazało się, że nie można odroczyć zerówki. To jest rok obowiązku szkolnego. Można odroczyć pierwszą klasę, ale tym samym cofamy się do zerówki powtarzając ją. Absurd. No nic, ponieważ Agnieszka nie ma jako takich badań psychologicznych, musimy kilka razy zgłosić się do poradni na ocenę stanu Agniesi. Pewnie zrobią jej testy IQ, okaże się jeszcze, że mam wybitne dziecko Dostałam druki do wypełnienia i do lekarza. Ponieważ w kwietniu jedziemy do Pani neurolog, wypełni nam ten dokument. Razem z całą niezbędną dokumentacją leczenia Agnieszki, będę musiała zanieść do poradni. Jutro jeszcze podjadę do szkoły podstawowej zgłosić Agi, żeby pani dyrektor mogła zaplanować nauczyciela dla niej.
W niedzielę wyjazd na turnus. Muszę przygotować samochód do drogi. Trzeba go umyć, wymienić opony na letnie, no i sprawdzić czy wszystkie płyny są w wystarczającej ilości. Chce się wygodnie dojechać, trzeba sobie pobiegać Powolutku zaczynam też pakowanie. Trochę tego mamy do zabrania, jak zawsze. Zupki muszę Agi nagotować jak ostatnio i blender zabrać. Podgrzewacz jaki dostałyśmy już dawno temu służy mi do dzisiaj! Jest niezbędny na turnusach.
Zauważyłam jednak, że pośpiech niezawsze jest wskazany. W piątek, tak się nieszczęśliwie przewróciłam, że nie mogłam złapać oddechu. Na szczęście, poza nieprzyjemnymi otarciami, nic więcej się nie stało. Ziemia podobno nie zadrżała. Miłe wrażenie na mnie zrobił młody człowiek, który pomógł mi się podnieść, pozbierać zakupy, zaniósł je do samochodu i upewnił się, że mi nic nie jest. Są jednak ludzie, którzy nie śmieją się z niezdary, tylko pomogą i zatroszczą się. Dzisiaj otarcia przestały już tak doskwierać, to sobie guza nabiłam! Starość nie radość!!! Zwyczajnie strach z domu wychodzić. Łamaga i tyle Pamiętając jednak upadek sprzed 2 lat, miałam w głowie jedno…nie rozwal okularów…
Życzę wszystkim miłych wiosennych spacerków :)))

poniedziałek, 14 marca 2011

No i pochorowała się… /14 marca 2011/

No to problem ropnego kataru u Agi mam z głowy. Agniesia ma antybiotyk. W sobotę wieczorem dostała gorączkę, 39 stopni. Bidulka cała się trzęsła. Na szczęście temperatura nie przekraczała 39 stopni przez całą niedzielę i nachodziła nieregularnie. Dzisiaj rano, Arek został i jechał później do pracy, pojechaliśmy do Pani doktor. Agnieszka była w fatalnym stanie. Cały czas spała, blada, usta sine. Pani Beata przeraziła się. Nawet na patyczek w buzi, przy badaniu gardła, Agi tylko się delikatnie skrzywiła, nie było jej klasycznego fuuu. Dostaliśmy antybiotyk w kapsułkach do rozpuszczania, bo w syropie nie ma tak silnego i z tak szerokim spektrum działania. Został zinnat, ale dużo czasu zanim zadziała. Mamy Dalacin. Kupiłam też probiotyk i fluconazol, żeby nie było grzybka. No i przede wszystkim inhalacje solą i mucosolvanem. Jeszcze antybiotyk mam tak ustawiony, że muszę o 4 wstać, żeby bidulce podać.
Jak wróciliśmy od lekarza, Agniesia mnie wystraszyła. Przez  kilka godzin nie mogłam jej ani trochę rozgrzać. Dostała gorącą herbatkę, później zupkę, przykryta była dwoma kocami i na moich rękach wtulona we mnie. Trzęsła się z zimna, miała lodowate dłonie i nogi, nawet nosek miała zimny. W końcu zagotowałam wodę wlałam do słoika, dobrze zakręciłam, zawinęłam w ręcznik i nóżki ułożyłam na tym prowizorycznym termoforze. Agniesia powolutku zaczęła się rozgrzewać. Tak cały dzień przespała.
Budziła się tylko jak ścierpła i było jej niewygodnie. Ułożona jednak w innej pozycji, natychmiast zasypiała z powrotem. Wygląda na to, że Agulek załapała to, co miałam, a właściwie jeszcze mam ja. Zapalenie gardła. Tak osłabia człowieka, że szkoda mówić. Trzeba wziąć całą, siedmiodniową dawkę antybiotyku, żeby lepiej się poczuć.
W zeszłym tygodniu przyszło zawiadomienie o zebraniu w szkole podstawowej w sprawie zapisów dzieci do szkoły. Miałam iść i porozmawiać z Panią dyrektor, ale niestety nie byłam w stanie. Muszę w najbliższym czasie iść do ośrodka edukacji i dowiedzieć się jak to z moją Agi jest. Pewnie w Stowarzyszeniu nie utworzą klasy takiej, jak bym chciała. Może za rok. Musze dotrzeć do nich i wszystkiego się dowiedzieć. Rocznikowo Agnieszka powinna iść do zerówki od września, jednak mam prawo ją odroczyć o rok. Poważnie się nad tym zastanawiam. Z uzasadnieniem myślę, że nie będzie problemu. Poinformuję Was o podjętej przez nas decyzji. Jeszcze nie wiem co zrobię.
Pozdrawiam wszystkich i dziękuję za ciepłe słowa i dobre rady.

piątek, 11 marca 2011

Marny tydzień /11 marca 2011/

Nasze poszukiwania wiosny zostały zawieszone. Niestety tym razem mama się rozchorowała. Taka mała odmiana. Wzięło mnie na tyle mocno, że brany od środy antybiotyk zaczyna dopiero delikatnie działać. Lekarz odmówił bowiem zapisania cyjanku, niby rozumiał mnie, ale nie zapisał. Pozostało mi brnąć dalej w to pogmatwane życie Już w poniedziałek się marnie czułam i na spacerku nie byłyśmy, we wtorek na domiar złego wystawiłam sobie kręgosłup… Starość nie radość. Nie ma jak to udany dzień kobiet. Umówiłam się szybko do naszych rehabilitantów. Tomasz starał się bardzo, ale dopiero Asia, która wpadła na chwilkę uratowała mnie od bólu. Niestety przeziębienia nie umieją wyleczyć. Na szczęście, mogłam się w końcu ruszać swobodniej.
Wiecie, jak tak siedziałam z Agnieszką na kolanach, bólem ściskającym klatkę piersiową jak żelazna obręcz, kaszlem duszącym gardło, i łzami płynącymi z wysiłku i bólu…przeraziłam się. Uświadomiłam sobie jak jesteśmy delikatni i jak bardzo kruche są nasze ciała. Przeraziło mnie to, że moja Agnieszka nie ma we mnie w tym momencie takiej opieki jaką powinna mieć. Sama nic nie jestem w stanie zrobić, potrzebuję wtedy szybkiej pomocy. Tylko kogo ja mam wzywać, jak wszyscy są zajęci? To ja jestem właśnie po to w domu, żeby jej pomóc i się nią opiekować. A w tym momencie miałam problem, żeby ją odessać, czy przewrócić. Muszę coś z tym zrobić. Tak bardzo przyzwyczaiłam się do tego, że jestem niezależna i sama staram sobie ze wszystkim radzić. Nawet teraz, jak wiem, że nie dam rady zrobić zakupów, pół dnia zastanawiałam się czy poprosić kogoś, a może jednak jutro pojadę sama…
Agniesia na szczęście dzielnie się trzyma i nie poddaje się zarazkom rozsiewanym przez mamę. W środę podczas obcinania tego nieszczęsnego paznokcia, który dopiero zrasta, prawdopodobnie naciągnęłam Aguli boleśnie stopę. Musiałam jednak uwolnić paznokieć od skóry, bo znowu zaczął wrastać. Asia okleiła ją tejpem, bo okazało się, że Agi odczuwa tam duży ból. Dzisiaj paluszek miała cały czerwony i taki jakby napuchnięty. Zrobiłam jej okład z kapusty. Mam nadzieję, że po raz kolejny pomoże.
W przyszłym tygodniu muszę zadzwonić do Pani doktor. Agiś ma taki brzydki, ropny zapach z buzi i wydzielinę z noska też ropną. Nie ma ani gorączki, ani żadnych innych sensacji. Jedynie gęstą wydzielinę. Tylko jak się pozbyć ropnego kataru? Na ropę kojarzy mi się tylko antybiotyk, ale może jest coś mniej inwazyjnego. Musze się dowiedzieć.
Agunia dostaje ostatnio tran. Kupiłam w ramach witamin. Dostaje oprócz tego nadal wapno z witaminą C i bioaronem C. Mam nadzieję, że ta bateria da jej odporność, która uchroni ją przed kolejną infekcją.
Powiem Wam, że czułam się tak marnie, że kusiło mnie aby odwołać rehabilitację Agniesi na czwartek i piątek, jednak byłam dzielna i nie poddałam się. I dobrze, chociaż Agi była pewnie innego zdania. Jutro jednak sobota i zamierzam odleżeć swoje. Moja maturzystka też jutro nie przychodzi na matematykę, to mam sobotę na relaks i chorobowe.
Życzę wszystkim przede wszystkim zdrowia, bo bez niego, nie ma z nas pożytku. Pozdrawiam.

sobota, 5 marca 2011

Szukamy wiosny /5 marca 2011/

Ostatni tydzień zleciał nam nadzwyczaj szybko. Dzięki sprzyjającej pogodzie, codziennie spacerowałyśmy. Słońce ma coraz większą moc i daje nam nadzieję na nadchodzącą wiosnę. Dzisiaj już troszkę się zachmurzyło, ale zaraz ubieram Agulka i idziemy chociaż na chwilkę. Mam wrażenie, że Agi na to tylko czeka. Wczoraj, ponieważ była wyjątkowo słoneczna i spokojna pogoda, poszłyśmy nad jeziorko w poszukiwaniu wiosny. Jezioro zamarznięte, ale widać już topniejący lód. Na wierzbach pękają bazie, a pąki na gałęziach coraz większe. Dzisiaj obiecałam Agi, że nakarmimy łabędzie. Mają swoje stałe miejsce na plaży, gdzie czekają na spacerujących ze smakołykami. Piękne wyniosłe łabędzie, kaczuszki dzikie, a nawet jedna gąska się znalazła.
Agniesia cały tydzień grzecznie poddaje się zabiegom rehabilitantów. W czwartek ciocia Asia nie mogła sobie poradzić z Agniesią i zasugerowała, że przydałaby się terapia czaszkowo-krzyżowa. Ponieważ, tego dnia miałyśmy tylko jedne zajęcia, zadzwoniłam do Mirka i umówiłyśmy się w Aquaparku. Akurat o 14 miał dyżur. Mamy bliziutko do nowego wągrowieckiego nabytku, więc poszłyśmy. Agniesia rozluźniła się podczas zabiegu. A ja, korzystając z okazji i podpowiedzi, umówiłam się z Mirkiem na dodatkowe dwa zabiegi w tygodniu z pracą w buzi. Dziękuję za podpowiedź. We wtorek i czwartek mamy tylko po jednych zajęciach, to dołożymy jeszcze te zajęcia. Jeżeli będzie taka potrzeba, dojdziemy do Aquaparku. Terapia czaszkowo-krzyżowa nie wymaga rozbierania dziecka i nie rozgrzewa Agulka tak mocno. W związku z tym, możemy spokojnie wyjść po zabiegu na spacerek, bez zagrożenia chorobą.
Od niedzieli walczyłyśmy z nadmierną wydzieliną u Agniesi. Chodziłam nieprzytomna, bo Agniesia budziła mnie tysiąc razy w nocy na odsysanie. Ja jednak to nic, Agniesia była tak samo, a nawet bardziej wykończona. W poniedziałek wymieniliśmy Agnieszce rurkę tracheo, mając nadzieję, że to poprawi sytuacje, Niewiele to jednak dało. Od środy już jest lepiej. Jednak inne dziecko, też z rurką miało takie same problemy, więc może to skutek pogody?
Wczoraj na nauki przyszedł nowy wujek. Agnieszka cały czas obserwowała Pawła, oczekując, czego on może od niej chcieć. Wzbudził chyba jednak jej sympatię, bo nie zaczął z nią żadnych ćwiczeń. Tylko delikatnie pogłaskał po rączce. Agnieszka natomiast nie miała ochoty na ćwiczenia. Rozluźniona była super, ale cioci Karolinie ewidentnie dawała znać, że nie ma ochoty na pracę. A fuuuu…. ciociu!
W końcu ogłosili dobrą wiadomość i nie ma Vat-u na turnusy rehabilitacyjne!!! Cieszę się strasznie, bo zaoszczędzimy dzięki temu blisko 2000 zł. No i dostaliśmy potwierdzenie z instytutu, jedziemy do Mielna!!! Już za miesiąc.
Kochani, życzę udanego weekendu. A my szykujemy się na spacerek i dalej szukamy wiosny :)))