Dowiedziałam się w końcu jak ma wyglądać Agnieszki nauka. Okazało się,
że zmian nauczyciela nie ma. Pani sekretarka była zdziwiona moim
telefonem, no ale skoro miałam dzwonić, to zadzwoniłam. Właściwie dobrze
się złożyło, bo okazało się, że przybyło nam godzin. Mieliśmy do tej
pory 4 godziny, teraz wszystkie dzieci mają przyznane po…10 godzin!!!
Strasznie dużo, jeżeli weźmie się pod uwagę niepełnosprawność dziecka.
Możliwe, że dramatyzuję, ale słabo to widzę. Dla Agnieszki już te 3
zajęcia po 60 minut było dużym wysiłkiem, tym bardziej, że jeszcze
półtora do dwóch godzin rehabilitacji codziennie. Z zajęć
rehabilitacyjnych rezygnować nie będę, to poprawia jej zdrowie. Oj,
dobrze, zobaczymy jak to będzie. Jedno wiem, teraz Pani musi wykazać się
niezłą kreatywnością, żeby znaleźć zajęcia na każdy dzień.
Jeżeli
dopisze nam pogoda, to w poniedziałek na 9 stawimy się w naszej szkole
na uroczystość rozpoczęcia roku szkolnego. Na chwilę obecną wygląda na
to, że będzie ładnie. Skończą się nasze spokojne poranki i wstawanie o
8, no trudno.
Oczko się wygoiło już następnego dnia, jednak nadal
puchnie jej na zmianę raz lewe, raz prawe. Są mniej przekrwione oczy,
ale nadal mi się coś nie podoba.
Rehabilitacja przebiega wzorowo, a
co! Odkryłam, co mnie zachwyciło, że przy prawej stopie rozluźniło się
ścięgno achillesa. Lewa stopa jest w gorszym stanie, bo niestety zawsze
coś ją osłabiało. A to nieszczęsny paznokieć, a to biodro, kolanko…
Ciągle coś. Na szczęście, i oby tak zostało, teraz nie ma większych
problemów. Nawet ostatnio nie dokucza nam prawy łokieć, ten co to niby
pękł „zawias”. Jak ja lubię jak moje dziecko nic nie boli. Agniesia jest
wtedy bardziej komunikatywna. Ofuka ciotkę przychodzącą na
rehabilitację, uśmiechnie się do mamy na swój własny sposób, domaga się
włączenia misia, który wzdycha, podnosi łapki, śmieje się i chrapie. Nie
wiem co w nim takiego jest, ale go uwielbia. Codziennie patrzy na niego
podnosi ręce do góry i wzdycha. Uspokaja się jak jej włączymy misia.
Zbyt często się to zdarza, żeby uznać to za przypadek.
Na moim
ogródku pomidorki dojrzewają jak szalone. Słoneczniki przerosły balkon,
za chwilkę można będzie się nimi zajadać. Ku mojemu zdziwieniu ozdobne
słoneczniki mają blisko 2 metry! Astry zaczynają kwitnąć, pająki jak
oszalałe plotą pajęczyny. Gdzie się nie ruszę, tam w jakąś się zaplączę.
Jednego pająka mam odchowanego. Dzięki temu nie mam już tyle much w
kuchni. W lipcu myłam okna i wyrzuciłam go na dwór. Ten jednak podczepił
się i zadomowił w oknie. Pajęczynę ma na pół okna i co rusz nową
zdobycz. Zwyczajnie diety nie pilnuje!! Upasł się potwornie. Nie wiem co
z nim zrobić, bo teraz to już nie wygląda na miłego pajączka, a muszę
okna umyć… Czas na eksmisję!!!
No to ostatni wakacyjny weekend i zaczynamy od nowa! Byle do wiosny :))) Miłego odpoczynku!!!!
czwartek, 30 sierpnia 2012
czwartek, 23 sierpnia 2012
Neurolog /23 sierpnia 2012/
Blisko dwa tygodnie minęły…trudno uwierzyć… Wiedliśmy przez ten
czas spokojne życie w zdrowiu i ciepełku. No prawie ciepełku, bo jak
temperatura zeszła do 20 stopni, to pochowałam niemal wszystkie letnie
ciuchy. Na szczęście musiałam je powyciągać
Dzisiaj byliśmy w Pile u naszej Pani neurolog. Jak zwykle dojechałam na ostatnią chwilę. Ja nie wiem, co się ze mną stało, ale nie potrafię się od pewnego czasu wyrobić na umówioną wcześniej godzinę! Kilka minut poślizgu jest jak w banku!!!! Kurczę, starość mnie dopada po woli czy co??? Ciągle mi się wydaje, że mam jeszcze masę czasu, a potem biegiem!!
No ale, ale, ja o neurologu… Pani neurolog zauważyła, że Agniecha „trochę” urosła. Właściwie od stycznia jakieś 5 cm. Klatka piersiowa i głowa też urosły, tak więc mam potwierdzenie, że rośnie proporcjonalnie, jak na swój stan oczywiście. Odruch na młoteczek prawidłowy, więc nie było się czego przyczepić.
Wczoraj wieczorem, jak przenosiliśmy Agnieszkę do łóżka, śpiącą już Agnieszkę, dostała ataku padaczki. Na szczęście byłam na tyle przytomna, że nagrałam te odruchy dla Pani doktor. Wygląda to na tyle niewinnie, że można pomyśleć, że coś jej się śni. Jest rozluźniona, ma przyjemny wyraz twarzy, tylko niestety jest w takim transie, że nie można jej obudzić. Można ją przewracać, potrząsać, podnosić i nic. Już jakieś dwa tygodnie temu w nocy zauważyłam taki atak. Właściwie to Agnieszka mnie obudziła, bo wtedy głośniej oddycha. Taki stan trwa jakieś 5 minut. Skończyło się tym, że mamy zwiększyć depakinę o 100, Będzie łącznie 700, jak do następnej wizyty znowu gwałtownie urośnie to zastosujemy 750. Pani doktor stosuje dawkę w dolnych granicach leku, i dobrze!
Przy następnej wizycie mamy zrobić badanie poziomu leku i próby wątrobowe, ale miałam ze sobą wyniki badać z CZD i tam właśnie były próby. Pani doktor była zaskoczona tak dobrymi wynikami, mile zaskoczona! Oby tak już zostało!!!
Nootropil mamy zwiększyć do 5 ml i zrobić kolejną przerwę. Takie przerwy w podawaniu leku można nawet dwa razy do roku robić.
Zabrałam nawet orzeczenie z Poradni Pedagogiczno – Psychologicznej, jakie dostaliśmy w zeszłym roku! Nie zapomniałam!!! Teraz pozostaje mi pamiętać, że 2 stycznia mam zadzwonić i umówić się na wizytę!! Tragedia, przecież do jeszcze ponad 4 miesiące…. kto mi przypomni???
Masaż i część rehabilitacji nadal prowadzę z Agnieszką sama. Będę musiała jednak jutro rękawiczkę ubrać. We wtorek sciełam sobie niemal odcisk kciuka…jak sobie przypomnę….brrrrrr!!!!! W środę nie użyłam oliwki do masażu, rozluźniłam ją w inny sposób, ale też skuteczny. Nawet Asia była zaskoczona tym, że Agnieszka nie ma tylu kontuzji co przez ostatnie kilka miesięcy. Może to, że ja z nią pracuję daje jej trochę spokoju? Przy masażu nie denerwuje się tak, a ja z nią nie walczę jak jest spięta, tylko staram się nad tym zapanować i ją uspokoić. Taka praca pozwala bardziej poznać swoje dziecko, jednak nadal uważam się za amatora i niestety wiele mi brakuje do perfekcji. Najgorsze jest to, że ja najszybciej uczę się jak mogę coś sama zrobić. Staram się coś rozszerzać z tego czego się już zdążyłam nauczyć, może za kilka lat będę z siebie zadowolona.
Dzisiaj Agnieszce przesuszyło się oczko. Nie wiem co sie dokładnie stało, może to wiatr, może spojrzała w słońce… Jedno i drugie było dokuczliwe. Teraz już zasmarowałam oczka oxycortem, mam nadzieję, że złagodzi ból. W Pile, jak się zorientowałam, mogłam jedynie sztucznych łez użyć, ale niewiele jej pomogły. Teraz już jest trochę lepiej, mam nadzieję, ze do jutra się poprawi, jak nie, muszę pilnie szukać dobrego okulistę!!! Zna ktoś? Okolice Wągrowca?? Nasz wspaniała doktor niestey zmarł i nie mamy już nikogo godnego zaufania.
Kochani uciekam herbatkę sobie wypić. Książki już mi się pokończyły i muszę czekać na kolejną okazję, żeby zaszaleć w księgarni. Tym razem mam ochotę na Grisham’a. Może uda mi się jakąś nowość upolować
Wszystkiego dobrego i łapcie ostatnie letnie promienie słoneczka!!!
Dzisiaj byliśmy w Pile u naszej Pani neurolog. Jak zwykle dojechałam na ostatnią chwilę. Ja nie wiem, co się ze mną stało, ale nie potrafię się od pewnego czasu wyrobić na umówioną wcześniej godzinę! Kilka minut poślizgu jest jak w banku!!!! Kurczę, starość mnie dopada po woli czy co??? Ciągle mi się wydaje, że mam jeszcze masę czasu, a potem biegiem!!
No ale, ale, ja o neurologu… Pani neurolog zauważyła, że Agniecha „trochę” urosła. Właściwie od stycznia jakieś 5 cm. Klatka piersiowa i głowa też urosły, tak więc mam potwierdzenie, że rośnie proporcjonalnie, jak na swój stan oczywiście. Odruch na młoteczek prawidłowy, więc nie było się czego przyczepić.
Wczoraj wieczorem, jak przenosiliśmy Agnieszkę do łóżka, śpiącą już Agnieszkę, dostała ataku padaczki. Na szczęście byłam na tyle przytomna, że nagrałam te odruchy dla Pani doktor. Wygląda to na tyle niewinnie, że można pomyśleć, że coś jej się śni. Jest rozluźniona, ma przyjemny wyraz twarzy, tylko niestety jest w takim transie, że nie można jej obudzić. Można ją przewracać, potrząsać, podnosić i nic. Już jakieś dwa tygodnie temu w nocy zauważyłam taki atak. Właściwie to Agnieszka mnie obudziła, bo wtedy głośniej oddycha. Taki stan trwa jakieś 5 minut. Skończyło się tym, że mamy zwiększyć depakinę o 100, Będzie łącznie 700, jak do następnej wizyty znowu gwałtownie urośnie to zastosujemy 750. Pani doktor stosuje dawkę w dolnych granicach leku, i dobrze!
Przy następnej wizycie mamy zrobić badanie poziomu leku i próby wątrobowe, ale miałam ze sobą wyniki badać z CZD i tam właśnie były próby. Pani doktor była zaskoczona tak dobrymi wynikami, mile zaskoczona! Oby tak już zostało!!!
Nootropil mamy zwiększyć do 5 ml i zrobić kolejną przerwę. Takie przerwy w podawaniu leku można nawet dwa razy do roku robić.
Zabrałam nawet orzeczenie z Poradni Pedagogiczno – Psychologicznej, jakie dostaliśmy w zeszłym roku! Nie zapomniałam!!! Teraz pozostaje mi pamiętać, że 2 stycznia mam zadzwonić i umówić się na wizytę!! Tragedia, przecież do jeszcze ponad 4 miesiące…. kto mi przypomni???
Masaż i część rehabilitacji nadal prowadzę z Agnieszką sama. Będę musiała jednak jutro rękawiczkę ubrać. We wtorek sciełam sobie niemal odcisk kciuka…jak sobie przypomnę….brrrrrr!!!!! W środę nie użyłam oliwki do masażu, rozluźniłam ją w inny sposób, ale też skuteczny. Nawet Asia była zaskoczona tym, że Agnieszka nie ma tylu kontuzji co przez ostatnie kilka miesięcy. Może to, że ja z nią pracuję daje jej trochę spokoju? Przy masażu nie denerwuje się tak, a ja z nią nie walczę jak jest spięta, tylko staram się nad tym zapanować i ją uspokoić. Taka praca pozwala bardziej poznać swoje dziecko, jednak nadal uważam się za amatora i niestety wiele mi brakuje do perfekcji. Najgorsze jest to, że ja najszybciej uczę się jak mogę coś sama zrobić. Staram się coś rozszerzać z tego czego się już zdążyłam nauczyć, może za kilka lat będę z siebie zadowolona.
Dzisiaj Agnieszce przesuszyło się oczko. Nie wiem co sie dokładnie stało, może to wiatr, może spojrzała w słońce… Jedno i drugie było dokuczliwe. Teraz już zasmarowałam oczka oxycortem, mam nadzieję, że złagodzi ból. W Pile, jak się zorientowałam, mogłam jedynie sztucznych łez użyć, ale niewiele jej pomogły. Teraz już jest trochę lepiej, mam nadzieję, ze do jutra się poprawi, jak nie, muszę pilnie szukać dobrego okulistę!!! Zna ktoś? Okolice Wągrowca?? Nasz wspaniała doktor niestey zmarł i nie mamy już nikogo godnego zaufania.
Kochani uciekam herbatkę sobie wypić. Książki już mi się pokończyły i muszę czekać na kolejną okazję, żeby zaszaleć w księgarni. Tym razem mam ochotę na Grisham’a. Może uda mi się jakąś nowość upolować
Wszystkiego dobrego i łapcie ostatnie letnie promienie słoneczka!!!
sobota, 11 sierpnia 2012
Po urlopie /11 sierpnia 2012/
No i zleciało. Arek już w zasadzie po urlopie. Z kilku dni na
Berdychowie zrobiło się 1,5 tygodnia. Małe przedszkole pod opieką i
ciągłu harmider. Wygłodniałe dzieci biegające i pytające, co robimy.
Niby przyjechała dwójka na tydzień wakacji, a zrobiło się ich cztery
sztuki. 3 chłopaków i dziewczyna. Agusia na zmianę pod opieką babci,
mamy, cioci. Pogoda nam dopisała i było naprawdę przyjemnie. Agniesię
zawoziliśmy z Arkiem na rehabilitację do domu. W sumie tylko dwa razy,
bo piątkową znowu odwołałam. A niech ma trochę odpoczynku dziewczyna.
Troszkę mama ją pogimnastykowała i nie jest najgorzej. Raz tylko
mieliśmy problem z pleckami, no i w środę Karolka założyła tejpy na
prawy łokieć. Za to co stymulacji zaliczyła, to jej. Hałasy, śpiewy,
lizanie na dziń dobry przez Sonię. Tylko koty wiały i chowały się gdzie
tylko było możliwe. Przychodziły jedynie na posiłki.
Dzieci zabrałyśmy do Silverado City. To westernowe miasteczko jakieś 40 km od Wągrowca. Niby nic wielkiego, ale załapaliśmy się na pokaz łapania na lasso i pokaz napadu na bank. Było strzelanie, wybuchy, spadanie z koni. Oczywiście chłopcy byli zachwyceni. Postrzelali na strzelnicy i dostali pochwałę od panów obsługujących. Oczywiście pamiątka…karabin…
W czwartek byliśmy jeszcze w Biskupinie. Niestety na kolejkę wąskotorową się spóźniliśmy, a do następnej trzeba było godzinę czekać. Odrobimy przy okazji. Pojedziemy specjalnie do Żnina i przejedziemy się w dwie strony. Wata cukrowa zrekompensowała skutecznie żal dzieci W Biskupinie już miałyśmy tylko dwójkę dzieciaczków.
Najlepszą zabawę zapewnił im Arek. Cały dzień nie było ich widać. Znosił stare sprzęty ze strychu i dzieci rozkręcały je odzyskując śrubki. A to komputery, a to budziki, lampki i różne dziwne sprzęty. Na stary zegar załapał się czterolatek. Nie rozbierał go, bo to zegar z drewna, jeszcze po moich dziadkach. Radzio uradowany odkrył klapkę z tyłu w zegarze. Ciekawość jego zaspokoił mój szanowny mąż, wmawiając dziecku, że tam była kukułka i sobie poleciała. Dziecko chwilkę pomyślało, zabrało zegar i poszło. Po kilku minutach wraca szczęśliwy z zegarem na rękach i mówi: „Kukułka nie, kaczuszka” Okazało się, że Radek poleciał do swojej babci, złapał małą kaczuszkę i biedną wepchnął do zegara!!!!! Moja mama uratowała kaczuszkę i nagadała dziecku Leżeliśmy ze śmiechu, jednocześnie podziwiając sryt i logikę myślenia dziecka. To jednak nie koniec, bo kilka godzin później, dzieciaki wyleciały z piwnicy (co one tam robiły????) z okrzykiem, że leży nieżywy ptaszek. Któryś kot niestety dopadł biedne zwierzątko. Trójka dziewięciolatków opowiadała mi z przejęciem o swoim znalezisku, a Radek pobiegł po zegar i pędem do piwnicy…po kukułkę!!!!! Udało mi się go zawrócić, okazało się jednak, że później poleciał tam znowu. Skończyło się pogrzebem ptaszka w piaskownicy.
Takich sytuacji była cała masa. Ciotki poruszały się na świeżym powietrzu. Zaskoczone dzieci zobaczyły, że umiemy kopać piłkę i grać w badminktona. Znaczy, nie jest z nami tak źle. Agusia wykończona już od wczorajszego wieczoru w domku. Przysnęła na tapczanie i obudziła się wystraszona. Myślę, że nie wiedziała gdzie jest. Trudno się jej dziwić. Na dworze miała uszykowane miejsce do leżenia, trochę czytania, śpiewania, przytulania. Nie podróżowała z nami moja dziewczynka. Serce boli, ale to zbyt męczące dla niej. Zaczynam już realnie patrzeć na nią, jej stan i nasze możliwości. Czasami lepiej zostawić dziecko pod dobrą i czułą opieką, niż narażać na stres i ból. Agulka zostawała z tatą i babcią.
Znowu się rozpadało. Dzisiejszy dzień za bardzo przypomina jesień. Niestety, lato już zwija swoje bagaże i dobiega końca. Ech, smutno się zrobiło… Humor poprawić powinno nam wczorajsze srebro!!!!! To już dziesiąty medal!!!
Dla Was wszytkich miłego weekendu i dobrego humoru!
Dzieci zabrałyśmy do Silverado City. To westernowe miasteczko jakieś 40 km od Wągrowca. Niby nic wielkiego, ale załapaliśmy się na pokaz łapania na lasso i pokaz napadu na bank. Było strzelanie, wybuchy, spadanie z koni. Oczywiście chłopcy byli zachwyceni. Postrzelali na strzelnicy i dostali pochwałę od panów obsługujących. Oczywiście pamiątka…karabin…
W czwartek byliśmy jeszcze w Biskupinie. Niestety na kolejkę wąskotorową się spóźniliśmy, a do następnej trzeba było godzinę czekać. Odrobimy przy okazji. Pojedziemy specjalnie do Żnina i przejedziemy się w dwie strony. Wata cukrowa zrekompensowała skutecznie żal dzieci W Biskupinie już miałyśmy tylko dwójkę dzieciaczków.
Najlepszą zabawę zapewnił im Arek. Cały dzień nie było ich widać. Znosił stare sprzęty ze strychu i dzieci rozkręcały je odzyskując śrubki. A to komputery, a to budziki, lampki i różne dziwne sprzęty. Na stary zegar załapał się czterolatek. Nie rozbierał go, bo to zegar z drewna, jeszcze po moich dziadkach. Radzio uradowany odkrył klapkę z tyłu w zegarze. Ciekawość jego zaspokoił mój szanowny mąż, wmawiając dziecku, że tam była kukułka i sobie poleciała. Dziecko chwilkę pomyślało, zabrało zegar i poszło. Po kilku minutach wraca szczęśliwy z zegarem na rękach i mówi: „Kukułka nie, kaczuszka” Okazało się, że Radek poleciał do swojej babci, złapał małą kaczuszkę i biedną wepchnął do zegara!!!!! Moja mama uratowała kaczuszkę i nagadała dziecku Leżeliśmy ze śmiechu, jednocześnie podziwiając sryt i logikę myślenia dziecka. To jednak nie koniec, bo kilka godzin później, dzieciaki wyleciały z piwnicy (co one tam robiły????) z okrzykiem, że leży nieżywy ptaszek. Któryś kot niestety dopadł biedne zwierzątko. Trójka dziewięciolatków opowiadała mi z przejęciem o swoim znalezisku, a Radek pobiegł po zegar i pędem do piwnicy…po kukułkę!!!!! Udało mi się go zawrócić, okazało się jednak, że później poleciał tam znowu. Skończyło się pogrzebem ptaszka w piaskownicy.
Takich sytuacji była cała masa. Ciotki poruszały się na świeżym powietrzu. Zaskoczone dzieci zobaczyły, że umiemy kopać piłkę i grać w badminktona. Znaczy, nie jest z nami tak źle. Agusia wykończona już od wczorajszego wieczoru w domku. Przysnęła na tapczanie i obudziła się wystraszona. Myślę, że nie wiedziała gdzie jest. Trudno się jej dziwić. Na dworze miała uszykowane miejsce do leżenia, trochę czytania, śpiewania, przytulania. Nie podróżowała z nami moja dziewczynka. Serce boli, ale to zbyt męczące dla niej. Zaczynam już realnie patrzeć na nią, jej stan i nasze możliwości. Czasami lepiej zostawić dziecko pod dobrą i czułą opieką, niż narażać na stres i ból. Agulka zostawała z tatą i babcią.
Znowu się rozpadało. Dzisiejszy dzień za bardzo przypomina jesień. Niestety, lato już zwija swoje bagaże i dobiega końca. Ech, smutno się zrobiło… Humor poprawić powinno nam wczorajsze srebro!!!!! To już dziesiąty medal!!!
Dla Was wszytkich miłego weekendu i dobrego humoru!
wtorek, 31 lipca 2012
Rozchichrane dziecko w deszczu :))) /31 lipca 2012/
Półmetek wakacji, Arek od poniedziałku rozpoczął swój dwutygodniowy urlop i Agniecha zadowolona. Mama i tata w domu
Jutro pojedziemy na parę dni do mojej mamy i ponękamy ich swoją
obecnością. Zrobimy jakiegoś grilla, jakieś ognisko, może gdzieś za
miasto wyskoczymy… Zobaczymy jak to będzie.
W sobotę byliśmy u przyjaciół na grilku z Agniesią. Trochę się zasiedzieliśmy, no ale w dobrym towarzystwie czas ucieka szybciej. Wichura sie zerwała i upał jakoś osłabł. Wychodziliśmy koło wpół drugiej. Agniesia smacznie sobie spała na tapczanie, ale trzeba było ją obudzić. Do domu mieliśmy jakieś 300-400 metrów. Zaczął padać deszcz i nam dziecko zmokło. Deszcz był ciepły, ale Agnieszka zła, bo jechała małym wózkiem, a poza tym, obudzona w środku nocy. Zajechaliśmy utuliłam moje biedne dziecko, a tutaj widzę uśmieszek na buzi. Zwyczajnie rozchichrała się dziewczyna!!! Spodobało jej się moknięcie na deszczu! Wiatru nie lubi od urodzenia. Zawsze płakała jak wiało jej w buzię i teraz też się bardzo denerwuje. Okazuje się jednak, że deszczyk rozbawił moją dziewczynkę. Przebrana w piżamkę smacznie zasnęła. Wygląda na to, że nawet mała stymulacja deszczem, też nie zawadzi. Oczywiście trzeba zachować zdrowy rozsądek. Deszcz był ciepły i padały duże krople, nie było ulewy, no i może godzina powinna być bardziej przyzwoita
Agnieszka w czasie poniedziałkowej rehabilitacji starała się uciec do taty. Myślałam, że ze śmiechu padnę! Już podczas masażu, leżała czujna, ale spokojna. Arek podszedł do niej, a moja kochana córeczka ręce do góry, wzrok przerażony na tatę i szybki oddech (jakby ktoś nie wiedział to ręce do góry Agiś podnosi sztywne, wyprostowane i spięte, zawsze jak sie denerwuje, albo ją coś boli, to nie jest taka reakcja jak u zdrowych dzieci, to spastyka). Innymi słowy starała sie przekonać ojca, jak to jej teraz źle u mamy. Zdrajca!!! To samo było w czasie rehabilitacji z Karoliną. Na mnie nie reaguje już wcale, ale jak zobaczyła tatę, to siły odzyskała i nagle potrafiła podnieść głowę na wałku do góry. Dzielna dziewczynka!! Zobaczymy jak będzie jutro
Cieplutko się zrobiło i można w końcu cieszyć się z uroków lata. oby tak zostało jak najdłużej. W nocy tak ciepło, że trzeba okna otwierać, nie da się inaczej spać. Uwielbiam taką pogodę, wtedy czuję prawdziwe lato. Nie lubię zimna, wolę się schładzać, niż rozgrzewać. Kupiłam sobie dwie nowe książki i uciekam czytać! Już dwa miesiące jak nic sobie nie kupiłam…wczoraj zaszalałam A co! Kasia Michalak wydała nową serię, to dla relaksu i oczywiście moją ulubioną Jodi Picoult, teraz już mam 10 książek jej autorstwa :))) A ta książka z dużą dawkę refleksji nad naszym pogmatwanym życiem.
Kochani życzę ciepełka, miłego urlopu i może jakiejś dobrej książki na ciepłe wieczory?
W sobotę byliśmy u przyjaciół na grilku z Agniesią. Trochę się zasiedzieliśmy, no ale w dobrym towarzystwie czas ucieka szybciej. Wichura sie zerwała i upał jakoś osłabł. Wychodziliśmy koło wpół drugiej. Agniesia smacznie sobie spała na tapczanie, ale trzeba było ją obudzić. Do domu mieliśmy jakieś 300-400 metrów. Zaczął padać deszcz i nam dziecko zmokło. Deszcz był ciepły, ale Agnieszka zła, bo jechała małym wózkiem, a poza tym, obudzona w środku nocy. Zajechaliśmy utuliłam moje biedne dziecko, a tutaj widzę uśmieszek na buzi. Zwyczajnie rozchichrała się dziewczyna!!! Spodobało jej się moknięcie na deszczu! Wiatru nie lubi od urodzenia. Zawsze płakała jak wiało jej w buzię i teraz też się bardzo denerwuje. Okazuje się jednak, że deszczyk rozbawił moją dziewczynkę. Przebrana w piżamkę smacznie zasnęła. Wygląda na to, że nawet mała stymulacja deszczem, też nie zawadzi. Oczywiście trzeba zachować zdrowy rozsądek. Deszcz był ciepły i padały duże krople, nie było ulewy, no i może godzina powinna być bardziej przyzwoita
Agnieszka w czasie poniedziałkowej rehabilitacji starała się uciec do taty. Myślałam, że ze śmiechu padnę! Już podczas masażu, leżała czujna, ale spokojna. Arek podszedł do niej, a moja kochana córeczka ręce do góry, wzrok przerażony na tatę i szybki oddech (jakby ktoś nie wiedział to ręce do góry Agiś podnosi sztywne, wyprostowane i spięte, zawsze jak sie denerwuje, albo ją coś boli, to nie jest taka reakcja jak u zdrowych dzieci, to spastyka). Innymi słowy starała sie przekonać ojca, jak to jej teraz źle u mamy. Zdrajca!!! To samo było w czasie rehabilitacji z Karoliną. Na mnie nie reaguje już wcale, ale jak zobaczyła tatę, to siły odzyskała i nagle potrafiła podnieść głowę na wałku do góry. Dzielna dziewczynka!! Zobaczymy jak będzie jutro
Cieplutko się zrobiło i można w końcu cieszyć się z uroków lata. oby tak zostało jak najdłużej. W nocy tak ciepło, że trzeba okna otwierać, nie da się inaczej spać. Uwielbiam taką pogodę, wtedy czuję prawdziwe lato. Nie lubię zimna, wolę się schładzać, niż rozgrzewać. Kupiłam sobie dwie nowe książki i uciekam czytać! Już dwa miesiące jak nic sobie nie kupiłam…wczoraj zaszalałam A co! Kasia Michalak wydała nową serię, to dla relaksu i oczywiście moją ulubioną Jodi Picoult, teraz już mam 10 książek jej autorstwa :))) A ta książka z dużą dawkę refleksji nad naszym pogmatwanym życiem.
Kochani życzę ciepełka, miłego urlopu i może jakiejś dobrej książki na ciepłe wieczory?
piątek, 20 lipca 2012
Czwarty mleczak :) /20 lipca 2012/
No i kolejny ząbek mamy usunięty! We wtorek udało mi się usunąć
Agnieszce tą przerażającą mnie górną jedynkę. Ząb siedział naprawdę
głęboko, a obracać nim już można było, więc „pobawiłam się” w jego
wyciąganie. Agniecha nawet nie drgnęła. Nie było żadnego fukania i
prychania. Leżała grzecznie na moim ramieniu, tylko się trochę krzywiła,
bo nie lubi jak jej się w buzi coś robi. Sąsiednia jedynka też już
nieźle się rusza, ale tym razem nie siedzi już tak głęboko. No i dolna
dwójka też już się zaczęła chwiać. To już cztery mleczaki nam wypadły Szczerbolek kochany :))
Do CZD nie mogę się dodzwonić po wyniki. W poniedziałek znowu będę próbowała, może Pani sekretarka ma urlop, a jak jej nie ma to trzeba mieć szczęście, żeby ktoś odebrał telefon. A i wówczas nic to nie daje, bo trzeba dzwonić jak sekretarka jest…ech…
Już blisko miesiąc jak rehabilitację z Agnieszką prowadzi ciocia Asia. Jak za starych czasów, jedyna różnica polega na tym, że ciotka jest teraz punktualnie
W zeszłym tygodniu udało mi się nakarmić mleczkiem wysokokalorycznym Agniesiny materac. Nie wiem jak długo Agnieszka leżała z wyciągniętym PEG-iem z brzuszka. Po jakimś kwadransie dopiero się zorientowałam, że cotu jest nie w porządku. Gorąco mi się zrobiło dopiero jak okazało się, że mam problem z włożeniem nowego foleya. Na szczęście lignokaina i delikatne wkręcanie rurki pomogło. Sprawdziłam jeszcze, czy jest dobrze włożony i odetchnęłam z ulgą. Ja Wam mówię, adrenalina to mi się kiedyś uszami przeleje, albo na zawał zejdę!! Wymienę rurki tracheo odłożyłam na parę dni później. Troche za dużo było tego na raz!
Dzisiaj Agniesia jest bez życia. Nie ma na nic energii, nawet siedzieć nie chce. Od początku tygodnia nie chciała, żeby ją masować, na ćwiczeniach trochę bardziej pokorna była, ale mamie się nie dawała, skubana Wczoraj, dziecko nie do poznania. Pół dnia w wózku spędziła z nóżkami pięknie zgiętymi w kolanach i nie chciała nawet z wózka wychodzić. Dzisiaj nie chce siedzieć, leży zapatrzona w jeden punkt. Jakiś kręcz w karku jej się zrobił i skręcała główkę w prawo. Pewnie łączy się z mamą w bólu. Dzisiaj rano przeciągając się coś mi przeskoczyło z lewej strony karku. Nie mogę ruszać głową…masakra. Trochę po przeciwbólu przeszło, ale niewiele to daje.
Za to wczoraj udało mi się zaprawić 11 słoiczków wiśni drelowanych. Sąsiad miał taki urodzaj, że pytał się czy nie chciałabym sobie oberwać. Jasne, że bym chciała, też pytanie Najlepszy dodatek owocowy do ciasta! Biszkopt czekoladowy, ubicie śmietany, dekoracja i w krótkim czasie mamy tort wiśniowy z bitą śmietaną, albo roladę Może właśnie dlatego mi to ramię nawaliło dzisiaj, bo z pół godziny trzymałam rękę w górze z gałęzią. Naciągnęłam sobie i dzisiaj już mam efekt.
Kochani nie mogę się już ciepła doczekać!!! Mam nadzieję, że lato jeszcze do nas na trochę zajrzy!!! Miłego weekendu :)))
Do CZD nie mogę się dodzwonić po wyniki. W poniedziałek znowu będę próbowała, może Pani sekretarka ma urlop, a jak jej nie ma to trzeba mieć szczęście, żeby ktoś odebrał telefon. A i wówczas nic to nie daje, bo trzeba dzwonić jak sekretarka jest…ech…
Już blisko miesiąc jak rehabilitację z Agnieszką prowadzi ciocia Asia. Jak za starych czasów, jedyna różnica polega na tym, że ciotka jest teraz punktualnie
W zeszłym tygodniu udało mi się nakarmić mleczkiem wysokokalorycznym Agniesiny materac. Nie wiem jak długo Agnieszka leżała z wyciągniętym PEG-iem z brzuszka. Po jakimś kwadransie dopiero się zorientowałam, że cotu jest nie w porządku. Gorąco mi się zrobiło dopiero jak okazało się, że mam problem z włożeniem nowego foleya. Na szczęście lignokaina i delikatne wkręcanie rurki pomogło. Sprawdziłam jeszcze, czy jest dobrze włożony i odetchnęłam z ulgą. Ja Wam mówię, adrenalina to mi się kiedyś uszami przeleje, albo na zawał zejdę!! Wymienę rurki tracheo odłożyłam na parę dni później. Troche za dużo było tego na raz!
Dzisiaj Agniesia jest bez życia. Nie ma na nic energii, nawet siedzieć nie chce. Od początku tygodnia nie chciała, żeby ją masować, na ćwiczeniach trochę bardziej pokorna była, ale mamie się nie dawała, skubana Wczoraj, dziecko nie do poznania. Pół dnia w wózku spędziła z nóżkami pięknie zgiętymi w kolanach i nie chciała nawet z wózka wychodzić. Dzisiaj nie chce siedzieć, leży zapatrzona w jeden punkt. Jakiś kręcz w karku jej się zrobił i skręcała główkę w prawo. Pewnie łączy się z mamą w bólu. Dzisiaj rano przeciągając się coś mi przeskoczyło z lewej strony karku. Nie mogę ruszać głową…masakra. Trochę po przeciwbólu przeszło, ale niewiele to daje.
Za to wczoraj udało mi się zaprawić 11 słoiczków wiśni drelowanych. Sąsiad miał taki urodzaj, że pytał się czy nie chciałabym sobie oberwać. Jasne, że bym chciała, też pytanie Najlepszy dodatek owocowy do ciasta! Biszkopt czekoladowy, ubicie śmietany, dekoracja i w krótkim czasie mamy tort wiśniowy z bitą śmietaną, albo roladę Może właśnie dlatego mi to ramię nawaliło dzisiaj, bo z pół godziny trzymałam rękę w górze z gałęzią. Naciągnęłam sobie i dzisiaj już mam efekt.
Kochani nie mogę się już ciepła doczekać!!! Mam nadzieję, że lato jeszcze do nas na trochę zajrzy!!! Miłego weekendu :)))
piątek, 13 lipca 2012
Lato ucieka… /13 lipca 2012/
Nawet nie zdawałam sobie sprawy jak długo tutaj nie zaglądałam.
Ostatnio nawet niewiele przesiaduję przed komputerem. Siedzimy sobie z
Agniesią i zajmujemy się sobą. Znaczy mama zajmuje się Agnieszką, a od
czasu do czasu próbuje coś zrobić w domu.
Jak powiedziełam, od lipca masaż robi mama, i rehabilitacja jest tylko w poniedziałki, środy i piątki. Pozostałe dni mamusia musi zdać się na swoje marne umiejętności. Przyznam jednak, że nie jest najgorzej. Dzisiaj nawet nie trzeba było nastawiać kręgosłupa, co jest bardzo rzadkie. Tylko coś przy lewym kolanku już w środę miała i jeszcze dzisiaj ją bolało. Asia pokazała mi jak naciągnąć ścięgno i próbowałam rozluźnić obolały staw. Odrobinę ulżyłam Agniesi.
Nie nacieszyłyśmy się spacerkami, bo od soboty coś mnie złapało. Myślałam, że to początek jakiegoś przeziębienia, ale nie wyglądało na to. Byłam potwornie osłabiona, zimne poty na mnie biły, mdłości, szum w głowie i ogólne zmęczenie. Jakby ktoś ze mnie energię wypompował. Nawet siły mówić nie miałam. Na poniedziałek odwołałam rehabilitację, bo raz, nie chciałam zarazić nikogo, a dwa, nie miałam siły Agnieszki masować. Owszem poćwiczyłyśmy razem, ale jak się zebrałam w sobie. Dzisiaj jest już ok. Nie mam pojęcia co to było. Jakaś nowa grypa?? Agnieszka na szczęście nie podłapała, w sumie, nikt się nie zaraził. Może to zaległy udar po podróży do Warszawy?
W przyszłym tygodniu będę dzwoniła do Warszawy w sprawie Agnieszki wyników krwi, może będzie już vitamina D. Arek urlop zaczyna od 30 lipca, na razie nie ma widoków na najmniejszy wyjazd i raczej tak zostanie. Może chociaż pogoda dopisze i jakoś odpoczniemy od codzienności w domu.
Agnieszce rusza się coraz bardziej górna jedynka. Właśnie, muszę podaj jej flukonazol, bo jakiś brzydki biały nalot ma na dziąsłach. Pewnie pozostałość po antybiotyku wychodzi. Agniesia ma obiecany wyjazd na koniki. To będzie jej pierwszy kontakt z końmi. Do tej pory było to z daleka i żadnych możliwości dotknięcia zwierza. Teraz jest szansa posadzenia jej, albo chociaż położenia na koniu. Do tego takim do hipoterapii. Sama jestem ciekawa jak to będzie.
Życzę miłego weekendu. Mam nadzieję, że nasz też będzie udany. Niech wraca lato, bo mi pomidorki nie dojrzeją
Jak powiedziełam, od lipca masaż robi mama, i rehabilitacja jest tylko w poniedziałki, środy i piątki. Pozostałe dni mamusia musi zdać się na swoje marne umiejętności. Przyznam jednak, że nie jest najgorzej. Dzisiaj nawet nie trzeba było nastawiać kręgosłupa, co jest bardzo rzadkie. Tylko coś przy lewym kolanku już w środę miała i jeszcze dzisiaj ją bolało. Asia pokazała mi jak naciągnąć ścięgno i próbowałam rozluźnić obolały staw. Odrobinę ulżyłam Agniesi.
Nie nacieszyłyśmy się spacerkami, bo od soboty coś mnie złapało. Myślałam, że to początek jakiegoś przeziębienia, ale nie wyglądało na to. Byłam potwornie osłabiona, zimne poty na mnie biły, mdłości, szum w głowie i ogólne zmęczenie. Jakby ktoś ze mnie energię wypompował. Nawet siły mówić nie miałam. Na poniedziałek odwołałam rehabilitację, bo raz, nie chciałam zarazić nikogo, a dwa, nie miałam siły Agnieszki masować. Owszem poćwiczyłyśmy razem, ale jak się zebrałam w sobie. Dzisiaj jest już ok. Nie mam pojęcia co to było. Jakaś nowa grypa?? Agnieszka na szczęście nie podłapała, w sumie, nikt się nie zaraził. Może to zaległy udar po podróży do Warszawy?
W przyszłym tygodniu będę dzwoniła do Warszawy w sprawie Agnieszki wyników krwi, może będzie już vitamina D. Arek urlop zaczyna od 30 lipca, na razie nie ma widoków na najmniejszy wyjazd i raczej tak zostanie. Może chociaż pogoda dopisze i jakoś odpoczniemy od codzienności w domu.
Agnieszce rusza się coraz bardziej górna jedynka. Właśnie, muszę podaj jej flukonazol, bo jakiś brzydki biały nalot ma na dziąsłach. Pewnie pozostałość po antybiotyku wychodzi. Agniesia ma obiecany wyjazd na koniki. To będzie jej pierwszy kontakt z końmi. Do tej pory było to z daleka i żadnych możliwości dotknięcia zwierza. Teraz jest szansa posadzenia jej, albo chociaż położenia na koniu. Do tego takim do hipoterapii. Sama jestem ciekawa jak to będzie.
Życzę miłego weekendu. Mam nadzieję, że nasz też będzie udany. Niech wraca lato, bo mi pomidorki nie dojrzeją
środa, 4 lipca 2012
No i urosła ;) /4 lipca 2012/
Jesteśmy już po wizycie w Centrum Zdrowia Dziecka. To była długa
podróż, pomimo otwartej autostrady. Warszawa pozostała jeszcze
nieprzejezdna, poblokowane drogi i zepsuty GPS. To wszysytko złożyło się
na długie błądzenie po ulicach stolicy. Jednak obejrzeliśmy stadion ze
wszystkich stron, nawet z całkiem bliskiej odległości, a w drodze
powrotnej Pałac Kultury i Nauki. Oczywiście wszystko to z otwartego okna
karetki. Droga powrotna dłużyła się niemiłosiernie i jakby nie chciała
się skończyć. Miałam wrażenie, że Warszawa nie chce nas wypuścić.
Temperatura na zewnątrz bliska 30 stopni a w karetce, jeszcze wyższa.
Lekko nie było. Daliśmy radę, Agnieszka przetrwała, a podróż trwała 14
godzin, z czego jakieś 3 spędziliśmy w poradni. Szczerze mówiąc, nie
wyobrażam sobie, jak byśmy mieli jechać pociągiem i tłuc się komunikacją
miejską do CZD. Nie, to przekracza moje wyobrażenia.
Wizyta też trwała wyjątkowo długo. Nie, Agnieszka nie miała żadnych dodatkowych badań. Zwyczajnie trzeba było tyle czekać na Panią doktor. Do poradni lekarze schodzą koło 12 godziny. Najpierw badania krwi musieliśmy zrobić, a byłam tak skołowana, że zabłądziłam. Dobrze poszliśmy, ale oczywiście zwątpiłam i wróciliśmy do punktu wyjścia. Za drugim razem bez problemu dotarliśmy na miejsce. Badań na poziom leku nie zrobiłam zwyczajnie były za drogie, 50 zł. Trudno, jak będzie trzeba poproszę Panią doktor o skierowanie, teraz się nie pali. Antropologię oczywiście też musieliśmy zaliczyć. Tym razem Agnieszka zadziwiła Panie robiące pomiary. Urosła 6 cm, a przytyła zaledwie 60 dkg od marca. Innymi słowy, dobrze została teraz zmierzona. Agnieszka ostatnio mierzyła 94,6 cm, a ważyła 21,6 kg. Teraz nagle mierzy 100,5 cm, a waży, 22,2 kg. Nagle nie ma problemu z kalorycznoscią posiłków i nieprawidłową dietą. Pani dietetyczka nawet do nas nie przyszła. Panie na antropologii stwierdziły, że one nie mierzą proporcji ciała. Zmierzyły tylko Agnieszce odninek siedzeniowy, twierdząc, że to da pełen obraz, bo tutaj nie ma co skurczyć, a ja widziałam jak mi dziecko schowało głowę w ramiona. Odcinek siedzeniowy mierzony jest od czubka głowy do pupy w pozycji siedzącej. Wyszło 64 cm, nie wiem czy to prawidłowy wzrost, nie mam punktu odniesienia. Pani jednak w opisie zapisała powód tak dużej różnicy z marcowymi pomiarami.
Rozmawiałam też z Panią doktor odnośnie naszych wizyt na żywieniu. Chciałam wiedzieć, czy nie dałoby rady zmienić na przyjazd 2 razy do roku, skoro i tak u Agnieszki nic się nie dzieje niepokojącego, na szczęście!!! Okazuje się jednak, że to wymóg NFZ, jeżeli przyjeżdżalibyśmy rzadziej CZD musi zapłacić za takie niedopatrzenie karę. Trochę mnie to dziwi, taki niepotrzebny wydatek. W końcu to lekarze powinni decydować które dzieci częściej, a które rzadziej w programie powinny być badane, nie pracownicy NFZ. No, ale w końcu kto zrozumie przepisy dotyczące leczenia ludzi? Może po interwencji coś sie zmieni, ale na chwilę obecną musielibyśmy zrezygnować z programu żywienia enteralnego, żeby nie jeździć do Warszawy, co jednak nie przeszkadzałoby leczyć Agnieszki tam w razie takiej konieczności.
Wyniki krwi, tym razem witaminy, moja córcia ma w najlepszym porządku. Jeszcze tylko czekamy na wynik witaminy D3, ale to za jakieś 2 tygo dnie. Osłuchowo jest też już zupełnie czysta. Okaz zdrowia z tej mojej dziewczynki, żeby jeszcze tylko ocknąć się chciała z tego otępienia w jakim trwa już ponad 4,5 roku.
Dzisiaj musiałam zacząć od rozluźniania Agnieszki terapiami dr Masgutowej, bo była tak poobijana po wczorajszej wyprawie, że masaż, to byłaby tylko walka. A tak, rozluźniłam ramionka, żebra i kręgosłup, a potem wymasowałam oliwką. Karolina próbowała jeszcze nastawić garbik, który skutecznie Agnieszka tworzy, ale to ona sama sobie robiła. Od wakacji wprowadziłam wersję ekonomiczną Agnieszki zajęć rehabilitacyjnych. Teraz tylko 3 zajęcia rehabilitacyjne, zajęć z cranio i masażu nie będzie. Nasz Somit i tak się na zmiany urlopuje, więc ludzi do pracy brak. Nasze środki na subkoncie się kurczą, trochę za szybko, więc to dobra okazja poćwiczyć swoje umiejętności. Okazuje się, że nie jest z nimi najgorzej. Nawet w poniedziałek sama Asia pochwaliła Agnieszkę, że jest ładnie rozluźniona. To miłe, że jednak coś mi wychodzi i mogę popracować trochę z Agnieszkę. Przyznaję, że troszkę mi brak tych codziennych wizyt, było przynajmniej z kim pogadać, a tak, same z Agnieszką praktycznie cały dzień. Na spacerki tylko sobie wychodzimy, ale i tak same idziemy. Widać taki nasz żywot, ale przynajmniej mamy doborowe towarzystwo, mama i córeczka
Agnieszce coraz bardziej rusza się górna jedynka, wychodzi też dolna jedynka. Nie wiem jak uda mi sie wyrwać ten górny ząbek, ale pracuję nad tym dzielnie. Życzę Wszystkim miłych dni i zdrówka:)))
Wizyta też trwała wyjątkowo długo. Nie, Agnieszka nie miała żadnych dodatkowych badań. Zwyczajnie trzeba było tyle czekać na Panią doktor. Do poradni lekarze schodzą koło 12 godziny. Najpierw badania krwi musieliśmy zrobić, a byłam tak skołowana, że zabłądziłam. Dobrze poszliśmy, ale oczywiście zwątpiłam i wróciliśmy do punktu wyjścia. Za drugim razem bez problemu dotarliśmy na miejsce. Badań na poziom leku nie zrobiłam zwyczajnie były za drogie, 50 zł. Trudno, jak będzie trzeba poproszę Panią doktor o skierowanie, teraz się nie pali. Antropologię oczywiście też musieliśmy zaliczyć. Tym razem Agnieszka zadziwiła Panie robiące pomiary. Urosła 6 cm, a przytyła zaledwie 60 dkg od marca. Innymi słowy, dobrze została teraz zmierzona. Agnieszka ostatnio mierzyła 94,6 cm, a ważyła 21,6 kg. Teraz nagle mierzy 100,5 cm, a waży, 22,2 kg. Nagle nie ma problemu z kalorycznoscią posiłków i nieprawidłową dietą. Pani dietetyczka nawet do nas nie przyszła. Panie na antropologii stwierdziły, że one nie mierzą proporcji ciała. Zmierzyły tylko Agnieszce odninek siedzeniowy, twierdząc, że to da pełen obraz, bo tutaj nie ma co skurczyć, a ja widziałam jak mi dziecko schowało głowę w ramiona. Odcinek siedzeniowy mierzony jest od czubka głowy do pupy w pozycji siedzącej. Wyszło 64 cm, nie wiem czy to prawidłowy wzrost, nie mam punktu odniesienia. Pani jednak w opisie zapisała powód tak dużej różnicy z marcowymi pomiarami.
Rozmawiałam też z Panią doktor odnośnie naszych wizyt na żywieniu. Chciałam wiedzieć, czy nie dałoby rady zmienić na przyjazd 2 razy do roku, skoro i tak u Agnieszki nic się nie dzieje niepokojącego, na szczęście!!! Okazuje się jednak, że to wymóg NFZ, jeżeli przyjeżdżalibyśmy rzadziej CZD musi zapłacić za takie niedopatrzenie karę. Trochę mnie to dziwi, taki niepotrzebny wydatek. W końcu to lekarze powinni decydować które dzieci częściej, a które rzadziej w programie powinny być badane, nie pracownicy NFZ. No, ale w końcu kto zrozumie przepisy dotyczące leczenia ludzi? Może po interwencji coś sie zmieni, ale na chwilę obecną musielibyśmy zrezygnować z programu żywienia enteralnego, żeby nie jeździć do Warszawy, co jednak nie przeszkadzałoby leczyć Agnieszki tam w razie takiej konieczności.
Wyniki krwi, tym razem witaminy, moja córcia ma w najlepszym porządku. Jeszcze tylko czekamy na wynik witaminy D3, ale to za jakieś 2 tygo dnie. Osłuchowo jest też już zupełnie czysta. Okaz zdrowia z tej mojej dziewczynki, żeby jeszcze tylko ocknąć się chciała z tego otępienia w jakim trwa już ponad 4,5 roku.
Dzisiaj musiałam zacząć od rozluźniania Agnieszki terapiami dr Masgutowej, bo była tak poobijana po wczorajszej wyprawie, że masaż, to byłaby tylko walka. A tak, rozluźniłam ramionka, żebra i kręgosłup, a potem wymasowałam oliwką. Karolina próbowała jeszcze nastawić garbik, który skutecznie Agnieszka tworzy, ale to ona sama sobie robiła. Od wakacji wprowadziłam wersję ekonomiczną Agnieszki zajęć rehabilitacyjnych. Teraz tylko 3 zajęcia rehabilitacyjne, zajęć z cranio i masażu nie będzie. Nasz Somit i tak się na zmiany urlopuje, więc ludzi do pracy brak. Nasze środki na subkoncie się kurczą, trochę za szybko, więc to dobra okazja poćwiczyć swoje umiejętności. Okazuje się, że nie jest z nimi najgorzej. Nawet w poniedziałek sama Asia pochwaliła Agnieszkę, że jest ładnie rozluźniona. To miłe, że jednak coś mi wychodzi i mogę popracować trochę z Agnieszkę. Przyznaję, że troszkę mi brak tych codziennych wizyt, było przynajmniej z kim pogadać, a tak, same z Agnieszką praktycznie cały dzień. Na spacerki tylko sobie wychodzimy, ale i tak same idziemy. Widać taki nasz żywot, ale przynajmniej mamy doborowe towarzystwo, mama i córeczka
Agnieszce coraz bardziej rusza się górna jedynka, wychodzi też dolna jedynka. Nie wiem jak uda mi sie wyrwać ten górny ząbek, ale pracuję nad tym dzielnie. Życzę Wszystkim miłych dni i zdrówka:)))
Subskrybuj:
Posty (Atom)