środa, 11 kwietnia 2018

Mam nadzieję, że to ostatnia prosta!

W zasadzie, to już tydzień, jak jesteśmy w szpitalu. Męczący to czas dla Agnieszki. Dzieciątko moje nadal gorączkuje. Od wczoraj temperatura nie przekracza 38, więc chyba idzie ku dobremu. Jeszcze w poniedziałek było 39,2. Ciężko jest zbić tę gorączkę. Bez względu na to ile jest stopni.
W poniedziałek na obchodzie usłyszałam od profesora, że z posiewu, który pobrali z rany nic nie rośnie. Profesor stwierdził, że to problem pediatryczny, nie ortopedyczny i przenosi nas do Wągrowca. Jakoś nie udało się im dodzwonić na oddział I porozmawiać. Tak by pewnie nas nie przyjęli.
Dwie godziny później, po obchodzie przyszła pediatra. Pani doktor, zapytała mnie, czy to ja chciałam do Wągrowca. Po czym usłyszałam coś dziwnego. Z posiewu rosną jakieś kolonie. Tylko bardzo wolno. Według pani doktor, to problem czysto ortopedyczny, nie pediatryczny. No i bądź tu mądry!!!
Wczoraj na obchodzie dowiedziałam się, że zostajemy jeszcze w Poznaniu, na prośbę pediatry, bo chce Agi tu podleczyć.
Z posiewu rośnie gronkowiec. Dzisiaj dowiedziałam się, że to najłagodniejsza forma gronkowca. To gronkowiec skórny. Teoretycznie mógłby być jej własny, jednak jest odporny i na wszystkie antybiotyki nie reaguje. Na szczęście reaguje na Dalacin. Bardzo wolno, ale reaguje.
Ostatnie CRP wynosiło 81. Spada, wolno, ale spada. Jutro mają zrobić znowu.
Dzisiaj pielęgniarka usunęła cewnik Agnieszce. W końcu.
Jak Agnieszka nie ma gorączki, to nawet przytomnie się rozgląda. Jednak po chwili zasypia. Bidulka moja! Jest tak wycieńczona, jak dawno nie była.
Nadal piszę z komórki i ona jak zawsze mądrzejsza ode mnie. Wybaczcie błędy.
Serdecznie pozdrawiam i dziękuję za wsparcie.

piątek, 6 kwietnia 2018

I znów szpital.

Nie nacieszyliśmy się domem zbyt długo. W środę, Agnieszka bez przyczyny, wg mnie, dostała wysokiej gorączki. 39,2 naszło jej praktycznie od razu. Zdążyłam jeszcze złapać panią doktor w przychodni. Godzinkę później u nas była. Gardło czyste, oskrzela czyste, zalegania powyżej oskrzeli i nalot w buzi. To wszystko. Fizyczne objawy, wydawałoby się, nie dawały powodu do takiej gorączki. Rana pooperacyjna trochę zaogniona i z jednej strony zrobił się obrzęk. Agnieszka dostała Klacid, inhalacje i masę innych leków towarzyszących. Temperatura jednak do rana spadała tylko na dwie godziny i znów w górę.
W środę wieczorem przyjechała jeszcze pielegniarka z hospicjum. Pani Małgosia obejrzała ranę i zaniepokoiła mnie swoimi podejrzeniami. Kazała rano jechać do szpitala, jak gorączka nie spadnie. Cóż, nie spadła.
Zadzwoniłam na oddział i profesor kazał natychmiast przyjeżdżać. Ściągnęłam Arka z pracy, a w tym czasie pakowałam walizki, bo to, że zostaniemy na oddziale, było dla mnie oczywiste. Dotarliśmy koło południa. Najpierw USG, potem RTG, pobranie krwi, a na koniec kolejne USG z wyciąganie krwiaka. Z tej, teoretycznie gorszej strony zeszło niewiele. Z tej drugiej prawie 50 ml. Pobrali wymaz i na salę.
Wieczorem udało się pielęgniarce założyć wenflon. Cieniutki, ale płyny przeszły. Dzięki temu dostała jeden z antybiotyków do żyły. Drugi do PEGa. Pani połączyła chłodną sól i dzięki temu temperatura zeszła o kilka kresek. Przy przyjęciu było 41,2, ale to bezdotykowym na klatce. Moim, klasycznym pod paszką było 40,8.
Agnieszka usnęła dopiero jak temperatura zeszła do 38. Koło 2 znów naszło 39,2. Pomógł paracetamol dożylnie. Rano było już ok. Tylko,  że wenflon wypadł.
W tzw międzyczasie zatrzymało się siusianie. Panie założyły Agi cewnik, bo brały mocz do analizy i zostało to moje dziecko z cewnikiem i workiem na mocz.
Wynkki morfologii i moczu były w porządku. Tylko to CRP 74. Mówià, że dwucyfrowe to nie tragedia.
Koło południa zapadładecyzja o założeniu wkłucia na bloku. Pojechaliśmy po 13, wróciłyśmy przed 18. Powiem tylko, że zawieźć ja w końcu na blok, znieczulić gazem i wyjechała 1,5 godziny później z centralka w szyi. Nie będę pisać co było przedtem. To nie było fajne...
Pojechaliśmy od razu na RTG płuc. Podobno tak trzeba przy cantrali w szyi. Dzięki temu wiem, że płuca i oskrzela czyste.
Aguś się trochę uspokoiła, a może to znieczulenie jeszcze działało? Nie wiem. W kazdym razie zaczęła się denerwować koło 19. Znalazłam powód. 40,6. Pielęgniarki wezwały lekarza dyżurnego. Agi dostała pyralginę, okłady zimne. Przyszła laborantka, miała pobrał krew na morfologię i CRP. A na dodatę na posiew. Super. Tylko, że na posiew musi być świeżo pobrana krew, z żyły. Minimum 3 ml. 3 razy, co godzinę raz. To niewykonalne, po tym jak ją półkuli wcześniej. Nawet żyłę na morfologię i CRP ciężko znaleźć. Nie pobrali.
CRP 122, to teraz jest już podstawa do stresu. Pozostałewyniki ok. Pani doktor zadzwoniła po profesora. Koło 22 przyjechał. Obejrzał nogę dokładnie, ranę też. Nie znalazł powodów do niepokoju. Pan profesor też proponował posiew. No nie da się! Pozostało nam czekać. Gorączka zeszła koło 23. O tej porze trochę się uspokoiłam. Agi zasnęła. Tylko ten różowy mocz.... Pani doktor twierdzi, że to nic niepokojącego. Mamy czekać aż będzie ciemno czerwony. Nie był...
Agnieszka przespała noc. Panie pielęgniarki dyskretnie zaglądały do pokoju. Nie zapalaby światła. Grasowały z latarką 😉 Kochane.
Dzisiaj pobrali krew na CRP. Nie znam jeszcze wyniku.
Podsumowując. Gardło czyste, oskrzela i płuca też. Rana czysta, morfologia ok, mocz ok. Tylo CRP dosyć wysokie. O co chodzi?
A my już na pierwszym spacerku w środę byłyśmy. A godzinę później miała już 39,2

~~~~~~~~~~~~~~~~~
CRP zaczęło spadać, wynosi 105. To dobrze. Mam nadzieję, że nastąpił w końcu przełom w leczeniu.

poniedziałek, 2 kwietnia 2018

Nie ma jak w domu!

Udało się!!! W sobotę za zgodą profesora, mogliśmy wrócić do domu!!! Ja byłam już psychicznie przygotowana na święta w szpitalu. W piątek z rany nadal ciekło i profesor kategorycznie zabronił opuszczania oddziału. Mokra rana, to zawsze większe ryzyko zakażenia. Jestem tego w pełni świadoma, więc nawet nie protestowałam. Trzeba zostać, to trzeba, ja się kłócić nie będę. Znam sytuację. Ponad dwa tygodnie przetrwaliśmy w szpitalu, to te kilka dni, ni zrobiłoby już różnicy. Skoro jednak profesor się zgodził... Jednak z lepszych wiadomości dla kogoś, kto długo w szpitalu leży. Tak więc, od 14 w sobotę, jesteśmy w domu :) A jak dojechaliśmy z tak słabą baterią przy ssaku? Tego nie wiem, ale Agnieszka dzielnie współpracowała :)
Agnieszka na początku nie mogła uwierzyć, gdzie jest. Później jednak "zaskoczyła". Oczka szeroko otwarte i tylko się rozglądała na lewo i prawo, czy to na pewno jej pokój :) Kochana moja :D :D :D Ja zdążyłam jeszcze ciasta popiec, prania trochę zrobić, ale niewiele więcej. Adrenalina opadła dopiero wieczorem. Miłym zaskoczeniem była dla nas wizyta pani Małgosi ze święconką. Ucieszyłam się bardzo! Dziękuję!!!
Agnieszka ma nadal jedną nogę krótszą, ale z tego co widziałam na RTG, nie dało się zrobić inaczej. Lewą kość biodrową miała wystawioną dużo wyżej niż prawą. Jedną i druga było trzeba ciąć na odpowiednim poziomie. Przy endoprotezach, zawsze jest różnica w długości nóg. Niepokoi mnie natomiast prawe kolano. Profesor obejrzał i uznał, że nie jest złamane, chyba. Zlecił jednak na moją prośbę RTG obydwu. Niestety, nie mam jeszcze wypisu i nie wiem co jest w opinie zdjęć. Same zdjęcia mam i faktycznie to prawe kolano wygląda na przekręcone w porównaniu z drugim. Piękne jest to, że Agnieszka zgina teraz nogi w kolanach i mogę ją normalnie posadzić w wózku. Teraz właśnie siedzi sobie wygodnie w Komforcie i nie zgłasza wygląda, jakby było jej źle ;)
Podsumowując jednak nasz pobyt w szpitalu:
1. 3 ataki padaczki
2. Wysypka 
3. 8 dni gorączki
4. Dodatkowe założenie wenflon w znieczuleniu
5. 2 jednostki podanej krwi
6. 2 zepsute ssaki (łącznie 4 w użyciu)
7. Pęknięty krwiak w dniu wyjścia
8. 17 dni na oddziale
Rana ładnie się zrosła, w jednym miejscu jest zgrubienie, jakby tam się płyn zgromadził. Będziemy na poradni, pewnie znowu będą ściągali, jak nie, samo powinno się wchłonąć. Aczkolwiek, pielęgniarka przepowiada jeszcze jeden wyciek. Ten poprzedni był otworem po drenie, natomiast tutaj zapowiada się, o ile to nastąpi, górną częścią rany. Najważniejsze w tym wszystkim jest to, że mamy obydwie operacje za sobą. Ciekawym faktem jest to, że ja nie pamiętam żadnego z trzech pierwszych miesięcy tego roku. Nagle zrobił się kwiecień. Najpiękniejsze jest to, że w każdej chwili możemy w końcu iść na spacer!!! Szkoda tylko, że tak silny wiatr zapowiadają na najbliższe dni. Może chociaż na taras, albo przed dom. Zobaczymy z której strony będzie wiało!
Teraz mam do pozałatwiania dużo spraw, które się nagromadziły przez te dobre 2 tygodnie. Nie da się pewnych spraw zdalnie załatwić. Agnieszka ma jeszcze tydzień spokoju, tylko rehabilitacja w ograniczonym zakresie. Szkoła od przyszłego tygodnia. Trzeba zaczynać stopniowo, bo dziewczynka jest wyczerpana i osłabiona. Kilka minut pracy z nóżkami i zasypia zmęczona.
Muszę wybrać jakiś ssak przenośny, bo niestety jesteśmy póki co, uziemione. Bez ssaka nie możemy nigdzie iść, ani jechać. A wybór jest trudny. Znalazłam dwa, w porównywalnych cenach. Muszę tylko dowiedzieć się o jakość tego lżejszego. A może ktoś z Was słyszał o takim ssaku? Wygląda na to, że to jakaś nowość na naszym rynku. Cena nie jest mała, więc nie da się tak eksperymentować.
https://mednova.pl/ssak-przenosny-flaem-aspira-go-30l?utm_source=ceneo

Przez to całe zamieszanie, nie złożyłam wszystkim życzeń świątecznych. Wiedzcie jednak, że cały czas życzę Wam wszystkiego najlepszego! Wierzę, że zdrowie, szczęście i miłość towarzyszyły Wam zarówno podczas śniadania Wielkanocnego, jak i w każdej chwili życia! Spokojnego i udanego ostatniego dnia Świąt! Pozdrawiam Was i przytulam! Jednocześnie dziękuję wszystkim za wsparcie i ciepłe słowa. Nawet nie wiecie, jak to wiele dla mnie znaczy!!!

środa, 28 marca 2018

Nadal w szpitalu.

To miał być dobry dzień. Agnieszce już zapowiedziałam wycieczkę z niespodzianką. Na obchodzie usłyszałam, że możemy jechać do domu. Karetką zamówiona, będzie koło 15. Dobry nastrój mnie nie opuszczał. Zabrałam się do obmywania Agnieszki, płakała. Nagle poczułam coś mokrego na biodrze.
Ech... Krwiak, który tak skrzętnie się budował w Agi udzie, właśnie zaczął wypływać dziurką po drenie.
Teraz już wiem, dlaczego płakała. Skąd ta gorączka, do wczoraj włącznie. Lekarz przyszedł i zmienił opatrunek. Oczyścić ranę z krwi. Agnieszka była bardzo dzielna. Godzinę temu dokleiłyśmy kolejną warstwę opatrunku, bo przeciekał. Teraz Agnieszka śpi. Jest spokojniejsza. Najwyraźniej ból się zmniejszył.
Ssak przywieziony z hospicjum przestał nam działać tego samego dnia wieczorem. Musiałam wziąć ten oddziałowy. Wczoraj wieczorem znów dotarła do nas pani Iwonka ze ssakiem. Jest mi głupio, że muszę kogoś fatygować. Jestem bardzo wdzięczna za pomoc i mam nadzieję, że tym razem ssak da radę!
Oddział się wyludnia. Coraz więcej łóżek pustych. Nie wiem, czy uda nam się wyjść na święta. Ostatnio póki rana była mokra,  nie mogliśmy wyjść. Może przez te dwa dni nam się uda? Jakoś się nie nastawiam. Trudno. Będzie co ma być. Na szczęście, same nie będziemy. Byle tylko nie trzeba przed 6 wstawać!
Trochę mnie zmęczenie dopada. Ostatnich kilka nocy było ciężkich. Dużo odsysania. Już się bałam, że Agi rozwalić ssak oddziałowy. I tak musimy kupić nowy bateryjny, ale wybór jest słaby. Nie da się wziąć ssaka na testy. A to ze 2 tys. lekką ręką kosztuje. Trzeba dobrze przeanalizować parametry ssaka. To trudna decyzja.
Życzę Wam miłego popołudnia.

piątek, 23 marca 2018

Śmiać się czy płakać, czyli nadal jesteśmy w szpitalu...

Już drugi tydzień, jak jesteśmy w szpitalu. Agnieszka powoli dochodzi do siebie. Tradycyjnie jednak, nie obyło się bez problemów.
Rana banał nie krwawi, mamy już nawet opatrunek bez dodatkowych gaziki.  Sucho jest. No ale.... We wtorek wieczorem Agnieszce wyszła jakaś wyszła. Najpierw delikatnie, myślałam, że uczulenie  na chusteczki kosmetyczne. Chciałam przemy ją wodą. Zabrała się do mycia, a tu po chwili jeszcze więcej tego. Zgłosiłam to, przyszedł dyżurny lekarz, bo to przecież 21 już prawie była. Obejrzał i orzekł alergię. Agi dostała do żyły silny lek na alergię, dużą dawkę. Jednak cytując panią pielęgniarkę, na cud trzeba poczekać, chociaż 15 minut 😉 No i faktycznie, po tym czasie zaczęło schodzić. Pani doktor, pediatra,  zleciła morfologię, pobrano mocz do badań i CRP.
Rano debaty nad tym co też mogło ją uczulić. Padło na szpitalne zupki. Nie ma tego złego... bo zupki teraz są idealne 😆 Agi przespała prawie cały dzień, bo lek był silny. Wysypka pojawiała się miejscowo i znikła po chwili. Fata Morgana normalnie!
Wieczorem dla urozmaicenia, pojawiła się gorączka. Dobiło do 38,2. Dostała coś tam do PEGA,  po dobrej godzinie i zimnych okładach, trochę spadła. W nocy spała nienajlepiej. Od rana w środę laborantka pobrał krew. Lekarka przyszła i oznajmiła, że hemoglobina spadła do 8, a to już wskazanie do przetacznia krwi. Wenflon oczywiście nam nie wytrzymał i nie dało założyć nowego. CRP 128. Jedziemy na blok, żeby w znieczuleniu założyli jej albo wenflon, albo centralkę. Deja vu....
Blisko godzinę deptałam po tym korytarzu. Już myślałam, że założyli centralkę. A tu wenflon. Dosyć kiepskie miejsce,  bo na prawej nodze, od wewnątrz, przy kostce.
Agnieszka dostała dwie jednostki krwi. Potem szybko płyny, bo przez cały dzień nic prawie nie jadła i nie piła. A na koniec, trzecia dawka leku na gorączkę. Cały czas 38,2 z krótkim spadkiem do 37,8.  Niemal dobę dziecko miało gorączkę. Przez cały czas musiałam ją odsysać. Ssak dostał wcisk. Dopiero koło 23 gorączka opuściła i zeszło do 37,2. Noc nie była najgorsza. Musiałam spotów odsysam,  ale trochę podała.
A dzisiaj co nowego, jak to dopytują się już towarzyszki z więźnia. A dzisiaj okazało się, że Agi wykończyła ssak. Nasza Medeli straciła moc ssania 😭😭😭 Na oddziale jeden ssak, a dwóch potrzebujących. Owszem, dostaliśmy swój pojemnik, swój wąż. Wszystko sterylne i ok. Tylko nie będziemy ciągnąć ssaka po oddziale w te wew te. Zadzwoniłam do naszej pani Iwonka o ratunek. Niezastąpiona i niezawodna, w ciągu godziny odwiozą nam sprzęt. Kochana i wyrozumiała dla takich zakręconych jak ja.
Agi miała jeszcze zrobione USG brzucha, żeby sprawdzić, czy skolioza nie zrobiła jej spustoszenia wewnątrz. Na szczęście nie.  Wszystkie narządy na miejscu. Całe szczęście.
A teraz powiem, właściwie napiszę, skąd ta wysypka, gorączka i stan zapalny. Otóż poprzednio krwiak się ewakuował i widoczna była utrata krwi. Tym razem krew gromadzi się wewnątrz i mamy obrzęk. Zaczynają wychodzić siniaki. Jest znów utrata krwi, ale nie widoczna gołym okiem. Jest tak jak ostatnio. Mamy anemię i organizm walczy. Oznaką walki ze stanem zapalnym jest gorączka.  Dostała krew i gorączka zaczęła spadać. Dzisiaj zrobili CRP i spada samoistnie. Nie potrzeba antybiotyku. W niedzielę zrobią jeszcze morfologię i zobaczymy jakie będą wyniki. To zadecyduje o tym czy można nas wypuścić i kiedy.
Mam tylko nadzieję, że wyczerpaliśmy już pulę przygód w szpitalu i  weekend będzie spokojny.
Ps.: Wybaczcie błędy i literówki, ale piszę na komórce, a tu słownik mądrzejszy ode mnie 😉

poniedziałek, 19 marca 2018

Jak zwykle...

Witajcie! Jesteśmy na oddziale, wszystko zgodnie z planem, znaczy się od czwartku. W piątek dostałyśmy tę samą izolatkę, co ostatnio. To dobrze.
Dzisiaj Agnieszka miała operację. W końcu, bo weekend był trudny dla niej i bolesny. Bolało ją biodro, to niezoperowane. Skończyło się przeciwbólem. Agnieszka szła na operację czwarta. Zabrali ją o 13, choć miało być później. Spadło jedno dziecko z planu. Tak to jest. Godziny są bardzo ruchome w takie dni. Szybko poszło, bo już po 14.30 Agi była na sali pooperacyjnej. Niestety wołali mnie do niej, a to nie wróży nic dobrego.
Była bledziutka i mocno spała. Po chwili dostała drgawek. Dostała jeden raz lek, nic. Druga dawka zaczęła po chwili skutkować. Niestety, tylko na pół godziny. Znowu drgawki, znów ta sama historia. Lekarz wysłał mnie po Agi depakinę i relsed. Jak wróciłam, była spokojna.  Nie kazali podawać. Po pół godzinie historia się powtórzyła. Przyszedł lekarz, dali swój lek i kazali depakinę podać.
Przyszła pani doktor i orzekła, że za chwilę pojedziemy na neurologię. Na co Agnieszka westchnęła sobie głęboko i po chwili się obudziła. Poczułam się jakby mi kamień z serca spadł. Mogłąm w końcu oddychać. Jeszcze godzinkę poleżała na POP-ie i wróciłyśmy na oddział.
Na szczęście rana podobno nie krwawa mocno. Nie powinno być problemów. Zobaczymy. Teraz Agi jest w miarę spokojna. Dostała traumal. Noc pewnie będzie trudna. Przeżyjemy. Byle się nic nie działo!

środa, 14 marca 2018

Kolejna operacja już w poniedziałek

Czas przeleciał nam między palcami. Zgodnie z zaleceniami mojego małżonka, nie zdążyłam się nawet odstresować, bo po co? Za chwilę jedziemy z powrotem. Nie myślałam jednak, że to tak szybko nastąpi. Wiem, powtarzam się od dawna, jednak nie ogarniam tego, jak ten czas mi ucieka. Mam tylko nadzieję, że w szpitalu przeleci tak samo szybko, wyjątkowo, wyrażam zgodę na jeszcze szybszy jego upływ ;)
Jak Agnieszka się czuje po poprzedniej operacji? Powiem Wam, że zaskakująco dobrze! Biodro nie jest już bolesne, blizna ładnie się zagoiła. Już mogę nawet smarować maścią, która troszkę ją zmniejszy. Mam taką nadzieję. Wszyscy mówią, że blizna jest piękna. Ja w tym nic pięknego nie widzę, wielka czerwona krecha na 20 cm. Patrzę na nią i mi serce pęka. To drugi, tak olbrzymi ślad po operacji, a za chwilę będzie trzeci. Żadna matka nie chce czegoś takiego na ciele swojego dziecka. Wiem wszystko. Wiem, że to pomogło jej pozbyć się olbrzymiego bólu. Przez chwilę było nawet tak fajnie, bo nie dokuczało jej to drugie biodro. Nie ma jednak lekko. Jak tylko Agnieszka przestała odczuwać ból w operowanym biodrze, tak zaczęła się wiercić i skutek tego był taki jak zwykle. Biodro prawe zaczęło jej dokuczać i teraz wiem na 100%, że trzeba to szybko zrobić. Będzie ją to boleć, będzie znowu cierpieć i się bać. Pociechą jest jednak świadomość, że to potrwa dwa - trzy tygodnie, a niezoperowane biodro będzie dokuczało coraz bardziej. Pełno sprzeczności w mojej głowie... Początek schizofrenii, a może innej choroby psychicznej?? Kto wie, kto wie...
Wszyscy mi dookoła powtarzają. Teraz będzie Ci łatwiej. Już wszystko wiesz, to z górki. Tylko nie zawsze jest dobrze wiedzieć. Czasami ta błoga nieświadomość pozwala łatwiej przebrnąć przez trudy życia. Nie na darmo mówią "Mniej wiesz, lepiej śpisz". A ja od dwóch tygodni rzucam się w łóżku jak ryba wyrzucona na brzeg. Na szczęście już jutro jedziemy, a wtedy funkcjonuję na innym poziomie. Mój organizm przestawia się na tryb "szpital". Mam nadzieję, że i teraz przełącznik zadziała ;)
Agnieszka przetrwała, dostaje Neozine, bo w poprzednim tygodniu trochę mnie zaniepokoiła. Jednak pomogło, póki co. Zajęć od czwartku też nie mamy, tylko rehabilitacja z Karoliną. Tego nie możemy odpuścić, bo ona ją rozmasuje i ewentualnie naprawi, a przed wyjazdem to bardzo potrzebne!
Pakowanie myślę, że będzie o tyle prostsze, że nie wszystko rozpakowałam. Zostawiłam w walizkach to co mogłam, to co wyprałam i dokupiłam, dorzucam na stos. Miałam nadzieję, że będzie cieplej, a tu znów przymrozki. Znów trzeba coś ciepłego do spanie zabrać. Ciekawe, kiedy nas wypuszczą, tak swoją drogą. Mam nadzieję, że wszystko dobrze się zagoi, Agi się nie rozchoruje, jak poprzednio i świąt nie będzie musiał NFZ nam sponsorować.
I tak mnie jeszcze zastanawia... Na ile wyrównają jej nogi. Nie wiem, czy Wam pisałam, ale Agnieszka ma teraz lewą nogę krótszą. Na zdjęciu z przed i po operacji widać, jak dużo kości musieli jej obciąć. Ma teraz jakieś 10 cm krótsza lewą nogę. Prawe biodro nie jest tak mocno wystawione. Widać to na zdjęciu. I teraz, pani doktor z Poradni Żywienia, czy neurolog, mierząc Agi po krzywiźnie, będą miały dwa pomiary. W zależności, którą nogę będzie mierzyć :D
No nic, życzcie na powodzenia i módlcie się, trzymajcie kciuki za Agnieszkę! Przytulam Was serdecznie!!!!!!!!