czwartek, 31 lipca 2008

Mój kochany łobuziak! /31 lipca 2008/

Oj dzień dzisiaj niesamowicie zajęty. Odwiedziło nas znowu tyle kobietek, że nie było czasu na nic. Ale to dobrze. Przynajmniej coś się dzieje i nie myślę o jakichś przykrych rzeczach. Agi dzisiaj jakaś taka nerwowa. Ja niewyspana, nie mogłam się dobudzić nawet po drugiej kawie. Pani Joasia przy rehabilitacji Agi, zauważyła bolesną reakcje na dotyk brzuszka. Oliwką wymasowała jej i trochę jakby przeszło. Jednak Agi cały czas jakaś spięta i nerwowa. Arek wrócił z pracy i poszliśmy na spacerek. Mały szantażysta koniecznie chce, żeby nosić ją na rękach a nie w wózku. A wiecie jak to robi dziecko w śpiączce? Spina się, szybko oddycha i denerwuje się do tego stopnia, że wychodzą jej czerwone plamy i płyną łzy z oczu. A po czym poznać, że to symulacja? W momencie wzięcia jej na ręce, Agi się rozluźnia, wygina w pałąk i jest szczęśliwa. Jak zbliżam się do wózka, sztywnieje, że nie sposób jej posadzić!!! Myślę, ze zrobię kobiecie jeszcze raz badanie krwi. Zobaczymy co wykaże. We wtorek muszę się uwinąć z dogo, żeby do 13 dojść na zdrowe dzieci i może ją zaszczepię. Zobaczymy.
Wczoraj pisałam o Agi za czasów jej świetności. Kilka osób zwróciło mi uwagę, ze nie napisałam o tym jaka była Agi. Jak się rozwijała. Nasza Agi pomimo swojej wady genetycznej rozwijała się prawidłowo. Jak każde zdrowe dziecko. Jedyne co ją różniło od  rówieśników, to fakt, ze nie przybierała na wadze, tak jak powinna. Kiedy kończyła roczek miała 5 kg i nosiła rozmiar 62, ewentualnie małe 68.
Jednak dzielna z niej kobieta była i do tego silna. Potrafiła iść na spacer pieszo, pchając wózek. Wystawał jej z nad wózka tylko czubek głowy. Agi przez 2 godziny na spacerze pchała wózek a nie siedziała w nim. Musiała być bardzo zmęczona, żeby udało się posadzić ją do wózka. Samodzielnie zaczęła chodzić stosunkowo późno, bo króciutko przed wypadkiem. Już zaczynała sama chodzić tak koło roczku, ale niestety przewróciła się dosyć nieszczęśliwie i wolała uważać. Agula była bardzo ostrożna. Jak jej coś nie pasowało, wolała tego nie robić, tylko poczekać aż się upewni, że może. Mój mały kochany robaczek.
Najbardziej uwielbiała stać w kuchni przy lodówce, gdzie miała poprzyklejane magnesy. Później przeszła do szafki kuchennej, gdzie powkładałam jej takie rzeczy, które mogła spokojnie przerzucać.
Wieczorem, kiedy miała iść spać, bo cwaniara nauczyła się szybko spać z mamą, a właściwie na mamie, starała się zwiać do taty. Tata siedział przy komputerze i dawał dziecku płyty do zabawy. Mogła tak siedzieć i godzinę. Obok taty stała skrzynka na narzędzia, gdzie w górnej części swoje rzeczy miała Agi. Doskonale wiedziała co tam powinno być. I jeżeli jej coś dołożyliśmy, szybko lądowało to za plecami Agi.
Agi uwielbiała jak tata majsterkował. Stawała nad nim i obserwowała z zainteresowaniem. Miała dostac na gwiazdkę małego majsterkowicza… Jeszcze kiedyś dostanie!
No już się budź, moja Agi! Czas pokazać jaka jesteś bystra i mądra!!!

środa, 30 lipca 2008

Treacher-Collins /30 lipca 2008/

Niedawno wróciłam od koleżanki, która jest przy nadziei. Ma dwójkę cudnych dzieciaczków (jednym z nich przez blisko dwa lata się zajmowałam). Zawiozłam wanienkę po Agi i jakoś tak się podhaczyłam na kawę. Było super. Dawno z Kasią się nie widziałam. Odreagowałam trochę. Pogadałyśmy, pośmiałyśmy się trochę i jakoś nastrój mi się poprawił.
Dzisiaj chciałam napisać o tym czym jest Treacher – Collins. Jest to wada genetyczna z którą moja Agi przyszła na świat. Wbrew sugestiom kilku osób, wcale nie winię ginekologa, że nie wykrył jej podczas ciąży. To było moje pierwsze dziecko. Żadnych znanych wad w rodzinie nie było, więc dlaczego miał się czegoś poważnego doszukiwać. Tym bardziej, że Agi wadę widoczną ma z prawej strony twarzy, a podczas USG leżała zawsze na tym boku. Nawet kiedy chcieliśmy sprawdzić płeć dziecka ułożona była tak, że lekarz nie dał rady jej odwrócić.
Do rzeczy. Agi urodzila się bez prawego uszka tylko z odrobina chrząstki na policzku i brak przewodu słuchowego. Do tego żuchwa mała, zniekształcona, przesunięta w prawo. Brak prawego ramienia żuchwy. Usta bardzo szerokie, jakby częściowo zdwojone. Wargi z małym rowkiem, język nieprawidłowy – prawa część języka szczątkowa, z podniebienia miękkiego zwisa bardzo długi języczek. To jest opis przepisany z epikryzy wydanej nam ze szpitala na Lutyckiej w Poznaniu, gdzie przebywałyśmy do 18 lipca 2006.
Brzmi to bardzo zawile i strasznie przerażająco. W rzeczywistości, nie jest tak strasznie. Moja Agi pomimo wady twarzoczaszki, zachwyca do dziś ludzi swoją buzią. Do tego, usłyszałam to od naprawdę wielu osób, że jak się z nią długo przebywa, to nawet się tego nie widzi. Nie jest to nawet widoczne na zdjęciach. Najgorzej, jak przegląda się w lustrze. Wtedy ta twarz wygląda okropnie.
Jednak co do utrudnień w codziennym życiu jakie spowodowała u nas wada genetyczna naszej Agi. W drugiej dobie okazało się, że Agi nie chce jeść, nie przełyka śliny. W związku z tym została wezwana karetka z inkubatorem i zabrano mi malutką do Poznania. Ja zostałam wypisana zaraz następnego dnia. Tam nad Agi zebrała się cała plejada poznańskich lekarzy, popatrzyli i nic nie orzekli tylko się rozjechali. Pojechałam w dniu wypisu z Wągrowca do Poznania do Agi. Tam ordynator załatwił mi miejsce na oddziale zaraz przy neonatologii. Jak zobaczyłam Agi serce zaczęło w końcu bić. To była najdłuższa doba w moim życiu!
Okazało się, że Agi ma poaspiracyjne zapalenie płuc. Musiała być w inkubatorze i dostawać silne antybiotyki. Nawet nie wiecie jak bolało, kiedy leżałam w pokoju z kobietami, które miały przy sobie swoje dzieci, a ja mogłam tylko do niej chodzić od czasu do czasu. Agi była karmiona przez sondę. Postępowano z nią dokładnie jak z dzieckiem z rozszczepem podniebienia. Pomalutku uczyłyśmy się jeść z butelki. Mlaskać językiem nauczyła ją pielęgniarka, która podała jej pierwszy raz glukozę strzykawką na język. Cwaniara szybko się nauczyła, że można dostać coś dobrego i jak chwilę popłakała, otwierała buźkę w oczekiwaniu na „cukiereczka”. I tak małymi kroczkami udało się przejść już tylko na butelkę. W momencie kiedy Agi zaczęła przybierać na wadze i w końcu uwierzyli mi, że Agi jadła tylko z butelki, zostaliśmy wypisani do domu.
Teraz już wszystko zależało od nas. Moja Agi w dniu wypisu ważyła 2990. Mieliśmy karmić ją co 3 godziny. Jednak było to całkowicie rozmyte, bo 60 ml Agi jadła ponad pół godziny. Strasznie duże problemy miała z jedzeniem. Biedulka przez przyrośnięty języczek nie mogła ani ssać, ani połykać jak my, zdrowi ludzie. Spróbujcie coś połknąć nie zatykając sobie językiem przełyku! Nie da się, prawda? A ona się tego nauczyła. Z czasem przeszliśmy na zupki pite najpierw z butelki, a potem mogliśmy jeść łyżeczką. Ulubionym posiłkiem Agi były danonki! Mogła je jeść na okrągło. Najbardziej też lubiła wyjadać tacie obiad z talerza. Jak tata siadał do obiadu, agi pędziła z otwarta buzią po am do tati. Strasznie się czasami Arek denerwował, że nie może w spokoju zjeść obiadu. Musiałam małej nakładać na drugi talerz i ją karmić, ale od tati i tak smakowało bardziej. Teraz za tym tęskni… Takie jest brutalne życie.
Pisze o tym wszystkim, bo nie wszyscy znają przejścia naszej Agi przed wypadkiem. Już wtedy nie było jej lekko. Uwielbiala parówki. Jeżeli miała za duży kęs w buzi po prostu wypluwała. Ten jeden raz nie udało jej się tego zrobić!
Moja Agi miałaś biegać u cioci Kasi na trawniku, a nie spać!  

wtorek, 29 lipca 2008

Coraz bardziej tęsknię! /29 lipca 2008/

Witam Was serdecznie. Mam nadzieję, że wszyscy spędzacie miło czas nad jeziorkiem, albo w jakimś innym przyjemnym miejscu. Nam upał doskwiera strasznie. Ja to tam jeszcze przeżyję, ale moja Agi ledwo zipie. Mieszkanie na poddaszu z oknem dachowym od południa. Myślę, że działa to na wyobraźnię. Coś ostatnio nie mogę pozbierać myśli. To pewnie przez ten upał. Ciągle stresuje mnie sama myśl o tym co się przytrafiło mojej Agi. Nie siedze sama w domu, żeby pogrążać się tylko w takich czarnych myślach. To jakoś samo przychodzi… Dzisiaj miałyśmy dogoterapię. Biedna Majunia się namęczyła. Agi też specjalnie nie chciało się ćwiczyć. Za to nagadałam się dzisiaj za wszystkie czasy. Była Wieśka (bardzo dobra koleżanka, która dba o mnie jak o córkę), Małgosia – niania, Dana z Mają, Dagmara, Madzia, Danusia, Marcin. Dawno nie było tak tłoczno. To dobrze!. Przynajmniej mniej myślę.
Dziewczyny, Dana z Dagmarą, intensywnie myślą jak pomóc mamie Maćka. To są prawdziwie życzliwe kobiety. Nie widziały na oczy ani dziecka ani mamy a tyle robią! Szkoda, ze ja tak nie potrafię… Gamoń jestem i tyle! Ech, gdyby tak można parę rzeczy zmienić! Dzisiaj tak myślę, że gdybym została obdarzona takim darem, że mogłabym naprawić przeszłość, to jedynie ocaliłabym swoje dziecko. Znajomości chciałabym takie zostawić. Zdałam sobie sprawę, że Agi spowodowała, że poznałam wielu mądrych i wspaniałych ludzi. Staram sie od nich uczyć, ale wolniutko mi to idzie. Nauczyłam się chyba większej pokory do życia i cierpliwości przy słuchaniu czyjejś historii.
Marzę o tym, aby moja Agi się obudziła, i żebym nie musiała robić pewnych rzeczy. Przeraża mnie to. Jednak wiem, że tak nie będzie. moje zycie nie jest na tyle szczęśliwe, aby zdarzały się cuda. To tak jak w tej opowieści Madziu. Muszę cieszyć się z każdego dnia, który spędzam z córcią.
Brakuje mi tego jak w nocy mnie budziła skrabiąc się na mnie, żeby przytulić się do mamy. Dlaczego ja ją kladłam na poduszkę z powrotem? Mogłam ją więcej tulić i całować, czuć jej zapach…
Strasznie dzisiaj pokręcony ten wpis. Jest dokładnie taki jak moje ostatnie dni. Od śmiechu, przez zadumę, po skrajny smutek.
Wieśka ściga mnie, bo nie zaniosłam podania do urzędu miasta w sprawie mieszkania. Należy mi się poważna bura, bo miałam to zrobić już dawno temu. Nie mogę się zorganizować. Ostatnio mam jakiś taki kiepski czas. Muszę się zorganizować i wziąć za siebie. Tak dalej być nie może.
Dzwoniłam do ortopedy do Warszawy wczoraj. Pan powiedział mi, że w gabinecie prywatnym i tak nic nie zrobi. Więc nie ma sensu przyjeżdżać. Jedyną mozliwością jest szpital, ale to też nie ma sensu, bo w gipsie Agi zrobią się odparzenia. A teraz, rehabilitantka ma pomóc jakoś odciążyć bioderka. Jak będzie potrzeba skieruje nas do swoich lekarzy do Otwocka.
Jakoś tak dziwnie mi się pisze. Nie będę poprawiać formy. Niech to odda Wam jak bardzo mam skłębione myśli.
Strasznie chciałabym pomóc Maciusiowi…
A przede wszystkim tobie moja Agi!

niedziela, 27 lipca 2008

Opalanie! /27 lipca 2008/


Dzisiaj była kolejna loteria dla Maciusia. Dla odmiany, nie byłyśmy z siostrą siłą pomocniczą tylko osobami prowadzącymi loterię. Serdeczne podziękowania należą się Bractwu Kurkowemu za taką hojność. Madzia uskładała prawie tyle co w wągrowieckim amfiteatrze, gdzie ludzi jest kilkanaście razy więcej! Co więcej, bardzo dużo osób losując, nie zabierało nagród, tylko zostawiali je na następną loterię.
Było nas trzy kobietki. Madzia, Danusia i ja. Panowie rozstawili namiot, poukładali nagrody i pojechali załatwiać sprawy związane z koncertem Boney M. Musieli zawieźć wolontariuszki na miejsce. Ustawili nam namiot, w takim miejscu, że spokojnie mogłyśmy się zarówno opalić, jak i wytopić zbędne kilogramy. Opalić się udało, coś na rodzaj skwarków. Z kilogramami nie wyszło.
Odwiedził nas też starosta, zadziwił nas swoimi wypowiedziami. Może ten Pan leczy się w jakimś innym świecie. Wiem, każdy ma swój pogląd i może wyrażać swoją opinię, ale tłumaczenie rodzicom chorego dziecka, że nie robią tego co powinni… Nie tędy droga. Najpierw trzeba się dowiedzieć co zrobili, a potem komentować. Warto też dowiedzieć się jaki dochód przynoszą takie loterie, a nie dziwić sie, że jeszcze nie uzbierali, skoro tyle loterii i imprez już mieli. Trochę logiki, matematyki i dobrych chęci by się przydało. Może nie powinnam tak mówić, bo przeciez nie wiem czy nie będę potrzebowała ich przychylności dla mojej Agi. Jednak nie potrafię przejść obok tego obojętnie. Jak to jest, że do niektórych można się tylko uśmiechać i przytakiwać. Dlaczego strach powiedzieć co się naprawdę myśli? Ech, szkoda gadać! Prawdą jest, że ludzie, którzy nie doświadczyli tego typu historii nie są w stanie nas zrozumieć i drogi jaką musimy przebyć aby udało się pomóc naszym pociechom. Mam nadzieję, że nikomu nie będzie dane się o tym przekonać na własnej skórze!
Za tydzień następne dwie loterie. Będzie ciekawie.
Moja Agi została z Arkiem. Cały dzień obydwa leniuchy byczyły się w domu i smażyły się w tym upale. Obawiam się że za tydzień znowu spędzę weekend bez córeczki. Trudno, ważne, że jestem w tak niewielkim stopni w stanie pomóc Maciusiowi.
Kocham Cię moja Agi!

sobota, 26 lipca 2008

Babskie odwiedziny. /26 lipca 2008/

W czwartek moja Agi miała dosyć kiepski dzień. Cały czas kichała, prychała i smarkała. U mnie włączył się natychmiast system alarmowy. Panika! Natychmiast komórka i wzywamy na jutro Panią doktor. Tak bardzo zraziłam się do naszego szpitala, ze wolę dmuchać na zimne.
Po południu przyjechała siostrunia do opieki nad chrześnicą a ja do Madzi na ploty. Dostałam 1,5 godziny dyspensy, bo potem do Ewy na farbowanie. Obgadałyśmy czekające ich jeszcze loterie i kolosalne problemy z pozyskaniem fantów. Jakaś cholera wylosowała im dwie główne nagrody i mają poważne braki. Niestety niewiele już mogę tutaj pomóc. Umówiłyśmy się co do następnej loterii, a pozostałe będziemy umawiać na bieżąco.
Przyleciałam w ostatniej chwili do domu i szybciutko do naszej ulubionej fryzjerki. Tomuś już spał, jak przyjechałyśmy. Jednak obudził się i umilał nam czas swoim cudnym towarzystwem. Pomagał sprzątać, suszyć włosy. Kochany brzdąc, aż miło popatrzeć jak coraz więcej potrafi, coraz lepiej sobie radzi. A moja Agi śpi…
Przyszłam do domu po 22. Zacięta wymiana poglądów z mężem sprawiła, że nie spałam do 2. Moja Agi też najlepiej nie spędziła tej nocy. Śniła mi się. Ostatnio śni mi się bardzo często. Śniło i się, że podnosi się przy szafie na tapczanie, żeby przywitać tatę. Zawsze tak robiła. Ona stała przy szafce, a Arek chował się za drzwi i bawili się w „a kuku”. Jak miała iść spać stawała koło szafki, odwracała się w stronę taty i wymownie wołała „eeee!!!”. Ech…
W piątek koło 10 przyjechała Dana z Mają. Obie Panie uradowały nas swoją wizytą. Niestety podczas zajęć wyszło, ze Agi ma wywichnięte bioderko, puściłam zaraz smsa do Pani Asi, żeby na pewno przyjechała nastawić. Sama spróbowałam jej troszkę ustawić to biodro i udało mi się zdziałać tylko tyle, ze przestało boleć. W związku ze ślinotokiem i czkawką Agi wylądowała na brzuszku na piesku. Nadmiar wydzieliny został usunięty i mogłyśmy przejść do dalszych zająć. Majucha znowu zajadała się pastą rybną. Pasta oczywiście była na kończynach Agi. Filmik jest nakręcony. Nie udało mi się złapać Agi w pełni szczęścia, ale wszystko jeszcze przed nami.
Chwilę później dotarła Pani doktor. Standardowo, wyściskała i wycałowała Agi. Osłuchała ją i oczywiście znowu na mnie! Panikuję jak zawsze! A co mi tam. Ważne, że to tylko ząbek, a nie oskrzela. Uspokoiła też moje wątpliwości co do depakiny. Obejrzała zdjęcia i obgadałyśmy minione trzy tygodnie. A było o cym rozmawiać!
Po wizycie lekarskiej moja Agi padła zmęczona spała dobre dwie godziny. W zasadzie obudziła ja Pani Asia. Brzydal! DO tego jeszcze tyle bólu sprawiła mojemu biednemu dziecku! Bioderko, coraz gorzej wyskakuje, i jedno co mi przyszło do głowy to taping, który kiedyś właśnie proponowała Pani Asia. Niestety plastry wyszły. Czeka na dostawę. Pani Asia jednak, jako domorosły Mcgiver, nie zostawiła mojej Agi bez niczego. Zamiast plastrów użyła bandaża. Usztywniła jej biodro bandażem. wytłumaczyła gapowatej matce, jak i co robić, i zostawiła nas na pastwę bezradności.
Po kąpieli założyłam Agi bandaż. Muszę tylko sprawdzić w nocy, czy aby nie za ciasno. Mam nadzieję, ze to pomoże. Jednak podczas nastawiania lewego bioderka, wyczułam, ze prawe też zaczyna jej doskwierać. Jutro zabandażuje jej obydwa.
Tydzień się kończy, weekend zaczyna a ja nie mam nic energii w sobie. Coraz bardziej pochłania mnie bezradność i własna nieudolność. Niby staram się coś robić, jednak ciągle wydaje mi sie, że to za mało. Coraz częściej łapię się na tym, że uciekam myślami gdzieś i nie słucham rozmówcy. Do tego robię się wtedy strasznie smutna. Generalnie nie ma z czego się cieszyć. Dopada mnie znowu jakaś chandra i depresja. Mam coraz większe wrażenie, że mnie to wszystko przerasta. Najchętniej zamknęłabym się gdzieś w jakiejś samotni, z dala od trosk, zmartwień i kłopotów. Jestem najwyraźniej przemęczona, albo to t pogoda, bo nawet pieczenie nie sprawia mi już takiej radości jak kiedyś. Zaczynam coraz częściej bezwiednie opowiadać o tym co Agi robiła jak była zdrowa, jak biegała, paplała i… no właśnie o tym mówię.
Mama tęskni moja ty Agi!

środa, 23 lipca 2008

Trudny dzień /23 lipca 2008/

Witajcie. Dzisiaj jestem z siebie dumna! Udało mi się wysłać dokumenty do fundacji i rozliczenie faktur (a trochę mi się tego zebrało). Ponadto oddałam dokumenty w wydziale zasiłków. Pomimo brakującego zaświadczenia z ZUS. Cały czas powtarzam, że w tam też pracują normalni ludzie. Pani na początku nie chciała mi wydać zaświadczenia od ręki, ale jakoś się zlitowała i kazała poczekać. Traf chciał, że te dokumenty odbiera się tam, gdzie jeździłam kiedyś w sprawach firmowych.
Byłam dzisiaj jakieś pół godziny w firmie. Potrzebowałam zaświadczeń i wykorzystałam Ewę, wysłała mi dokumenty do Fundacji. Wiecie co? Nie byłam już dawno w firmie i zrobiło mi się tak jakoś dziwnie. Stęskniłam się za tą pracą. Stęskniłam się za rozmowami o czymś innym niż moje problemy. Zdałam sobie sprawę, że ja naprawdę już tam nie pasuję. Moje życie zmieniło się diametralnie i mam teraz zupełnie inne priorytety. Najważniejsza jest moja Agi i jej życie. Raz już ją straciłam, drugi raz bym tego nie przeżyła…
Wiem, że brzmi to wszystko trochę absurdalnie. Tęsknię za pracą, a jednocześnie tam nie pasuję. Myślę, że dopadła mnie odrobina zazdrości. Ewa opowiadała o Tomku, rówieśniku Agnieszki, on już tak ładnie sobie radzi, a moja Agi śpi. Z reguły nie przeszkadzają mi opowieści o dzieciach, czy ich widok w parku. Widocznie dzisiaj mam gorszy dzień. Pozazdrościłam im tych zwykłych kłopotów i problemów. Takich codziennych. Cóż, nikt nie mówił, że życie będzie łatwe!
Zaraz jak wróciłam z miasta dojechała Pani Asia. Agi znowu cierpiała podczas rehabilitacji. Bioderko prawe znowu jej dokuczało i do tego chyba kręgosłup. Poza tym, jakaś taka zaflegmiona jest. Sama już nie wiem, czy jej coś jest czy tylko nadmiar śliny od ząbkowania. Profilaktycznie porządnie ją oklepałam i leżała na brzuszku bardzo często. Po rehabilitacji padła. Spała dobre 3 godziny.Byłam zaskoczona.
Dzisiaj postanowiliśmy w końcu wypróbować matę ozonową, którą pożyczyła nam Magda. Hałasuje strasznie! Na szczęście Agi nie boi się hałasu. Samej jej jednak nie mogę kąpać, muszę z nią wchodzić do wanny, wtedy jest spokojniejsza. Generalnie, nie bała się, tylko nie wiedziała co to jest i była zaskoczona, ciekawa, ale nie przestraszona. Kilka minut pobombelkowaliśmy, potem popływaliśmy stylem grzbietowym i tata zabrał Agi. Po kąpieli była bardzo ożywiona. Jestem ciekawa, jaką to ma siłę działania.
Wczoraj była u nas Magda z Maćkiem, Agi dostała od Maciusia kwiatki. Obgadałyśmy minioną loterię i zaczęłyśmy planować następne. Maciuś cały czas był zajęty lustrowaniem skrzyń z zabawkami i półki z książeczkami. Sądząc po minie podobało mu się. Pewnie będziemy miały z Agi stałego gościa. Muszę zabrać od Małgosi klocki Agi. Dałam Magdzie kilka pluszaków na loterię, resztę zawiozę później. Miały być jeszcze dwie, ale z tego co zrozumiałam w amfiteatrze będą jeszcze 3 i do tego 2 w innych miejscach. Teraz w niedzielę będzie koncert Boney M. Rodzice Maćka mają zgodę na kwestowanie przy wejściu na koncert. Dodatkowo jeszcze zamknięta impreza. mam nadzieję, ze w końcu uda im się zebrać jakąś konkretną kwotę, bo starają się, biegają, a efektów jak nie było, tak nie ma! Jeżeli ktoś to czyta, pomóżcie im. Maciuś zasługuje na to aby żyć!

poniedziałek, 21 lipca 2008

Kolejna loteria Maćka /21 lipca 2008/

Wczoraj była loteria Maćka. Zgodnie z moją obietnicą, dojechałyśmy razem z siostrą do pomocy. Nie było jednak obiecanego kociołka grochówki. Podobno jakieś niesnaski u władz i niestety nie pomogli dziecku! Paranoja! Ja się jednak na tym nie znam i nie będę się wypowiadać  diabe 
Cała impreza w naszym amfiteatrze była całkiem spora. Jednak oprócz loterii dla Maciusia odbywały się jeszcze dwie równoległe loterie na inne cele. No cóż….
Musieliśmy nieźle się napocić, żeby przyciągać ludzi. Chociaż muszę tu pochwalić Madzie, posłuchała kilku uwag z poprzedniej loterii i muszę przyznać, było zdecydowanie czytelniej. Na następną, razem z Danusią coś wymyślimy. Loteria rodzinie Magdy idzie coraz sprawniej. Nawet muszę powiedzieć, ze coraz więcej życzliwych im ludzi się pojawiało! I to było piękne. My też kupiliśmy parę losów i trochę fantów zebraliśmy.
Ja jako najgorszy z pomocników wylosowałam dwie główne nagrody. wa  Nie wiem dlaczego, ale Magda nie chce mnie widzieć na następnej loterii. Muszę powiedzieć, ze po tej loterii mam największe zakwasy od śmiechu. Śmiechoterapię zastosowaliśmy sobie niezłą. Dzisiaj mam problemy, żeby się za mocno nie śmiać, bo mnie brzuch boli!
Jednak nie jestem taka zła na jaką wyglądam, ponieważ cały czas męczyła mnie ta główna nagroda. I coś wymyśliłam… Ale o tym cicho sza! Opowiem, jak cały pomysł zrealizuję.
Podsumowując, jak dla mnie zabawa na loterii była przednia. Do tego moja rodzinka i najbliżsi przyjaciele dopisali w komplecie! Jesteście kochani! Dziękuję wam serdecznie! 
Jutro będę się widziała z Magdą, to dowiem się jak ona do tego podchodzi!
A tak na marginesie, podobno placki smakowały! Nawet nie wiecie jaką to mi radość sprawia! Samochwała ze mnie!
Dzisiaj byliśmy u okulisty na kontroli. Na szczęście wszystko w porządku. Cały czas nawilżać, i smarować maściami.
To chyba tyle na dzisiaj. Cieszę, się, że na loterii zebrali trochę pieniążków. Są jeszcze ludzie, którzy mają otwarte i dobre serca. Rozumieją potrzebę i cierpienie innych. W naszym Wągrowcu też!
Przepraszam! Byłabym zapomniała! Nasz gród odwiedzili Kacperek z mamą Agatą i Michaś z mamą Małgosią i siostrą Oliwką! Miło było was poznać! Fajne dzieciaki A jakie maja super mamy!! W dobre ręce ich ktoś tam na górze oddał! Życzę wszystkiego najlepszego i powodzenia!